Viktoria Marta Chmielewska: Czy neuroróżnorodność to przyszłość komunikacji i biznesu?

Neuroróżnorodność nie jest trendem. Jest testem dojrzałości organizacyjnej. Firmy, które potrafią projektować pracę i komunikację pod różne style poznawcze, działają po prostu lepiej. To nie kwestia empatii. To kwestia jakości myślenia.
 
Większość spotkań wygląda podobnie. Szybkie tempo, ktoś komuś wchodzi w zdanie, ktoś już podsumowuje, choć połowa osób jeszcze przetwarza, o co właściwie chodzi. Decyzje zapadają „tu i teraz”, bo przecież trzeba być dynamicznym. Sprawczym. Gotowym.
I w tym wszystkim jest zwykle ktoś, kto milczy. Nie dlatego, że nie ma nic do powiedzenia. Po prostu jeszcze myśli. Później, czasem godzinę później, czasem następnego dnia, wysyła wiadomość. Spokojną, konkretną, często bardzo trafną. Taką, która porządkuje cały wcześniejszy chaos. Tyle że decyzja już zapadła. Kierunek został wybrany. Energia zespołu poszła dalej.
I wtedy pada pytanie, które w wielu organizacjach brzmi niemal odruchowo: „Dlaczego nie powiedziałeś tego na spotkaniu?” Znacznie rzadziej pada inne: dlaczego nasze spotkania są zaprojektowane tak, że nie każdy może w nich myśleć?
 
To jest moment, w którym zaczyna się temat neuroróżnorodności. Nie w raportach i strategiach, tylko w takich właśnie codziennych sytuacjach. W tym, kto ma przestrzeń, żeby zabrać głos, a kto – żeby w ogóle zdążyć pomyśleć. Bo biznes od dawna ma swój ulubiony styl funkcjonowania. Najlepiej, żeby reagować szybko, dobrze czuć się w chaosie, nie potrzebować zbyt wielu wyjaśnień i bez oporu wchodzić w rozmowę. Taki sposób działania uchodzi za dynamiczny, profesjonalny, „biznesowy”.
Każdy inny bywa trudniejszy do uchwycenia. Jeśli ktoś milczy – pewnie nie ma pomysłu. Jeśli dopytuje – być może nie rozumie kontekstu. Jeśli potrzebuje ciszy albo struktury – łatwo uznać, że „nie odnajduje się w tempie”. A przecież równie dobrze można postawić inną diagnozę. Może to nie ludzie są niedopasowani, tylko sposób, w jaki od lat projektujemy pracę i komunikację, jest zbyt wąski. Dopasowany do jednego typu funkcjonowania, który z jakiegoś powodu uznaliśmy za domyślny.
 
Najlepiej widać to w języku. „Zróbmy to jak ostatnio, tylko lepiej”. „Wrzućcie pomysły”. „Ogarnijmy to szybko”. W korporacyjnym świecie uchodzi to za normalne. Jasne. Zrozumiałe. Tyle że to nie są precyzyjne komunikaty. To skróty.
Dla jednych wygodne, bo pozwalają ruszyć od razu. Dla innych nieczytelne, bo zostawiają zbyt dużo miejsca na domysły. I wtedy zaczyna się cicha praca w tle: dopowiadanie, zgadywanie, próba uporządkowania czegoś, co od początku było niejednoznaczne.
A potem organizacja robi coś jeszcze ciekawszego. Myli własną nieprecyzyjność z brakiem. W branży spotkań widać ten mechanizm wyjątkowo wyraźnie. Kochamy dynamikę, energię, networking, szybkie reakcje. Uczestnik ma być stale zaangażowany, panel ma być żywy, rozmowa spontaniczna, przestrzeń otwarta.
 
To wszystko ma sens. Do pewnego momentu. Bo nie każdy najlepiej funkcjonuje wśród nadmiaru bodźców. I nie każdy myśli najlepiej wtedy, kiedy musi mówić natychmiast. Są osoby, które potrzebują chwili, żeby zobaczyć więcej. Połączyć fakty. Złapać sens. I bardzo często to właśnie one wnoszą do zespołu coś, czego nie da się zastąpić szybkością: jakość. Tyle że jakość myślenia rzadko jest głośna. Często jest spokojna. Czasem nawet niewidoczna – dopóki nie damy jej miejsca.
 
Neuroróżnorodność nie polega na tym, żeby kogoś „uwzględnić”. Polega na tym, żeby przestać zakładać, że istnieje jeden właściwy sposób pracy i komunikacji. Że wszyscy powinni reagować tak samo, mówić w tym samym tempie i odnajdywać się w tych samych warunkach. To nie jest prawda. I coraz wyraźniej widać, że to także nie działa. Bo w świecie, w którym mamy nadmiar informacji, rosnącą złożoność i coraz więcej decyzji do podjęcia, największą przewagą nie jest szybkość reakcji. Jest zdolność do dobrego myślenia.
A dobre myślenie rzadko rodzi się w hałasie, pośpiechu i ciągłym przerywaniu. Neuroróżnorodność jest więc czymś znacznie bardziej praktycznym niż się wydaje. Jest testem. Sprawdza, czy organizacja potrafi stworzyć warunki, w których różni ludzie mogą naprawdę pracować – a nie tylko funkcjonować.
 
Czy komunikacja jest na tyle klarowna, żeby nie wymagała zgadywania. Czy spotkania są na tyle dobrze zaprojektowane, żeby nie premiowały tylko najszybszych. Czy jest miejsce nie tylko na mówienie, ale też na myślenie. Bo ostatecznie nie chodzi o to, żeby wszyscy działali tak samo. Chodzi o to, żeby różne sposoby myślenia w ogóle mogły się pojawić. I żebyśmy wreszcie zaczęli traktować to nie jako ciekawostkę, tylko jako realną przewagę. Bo to naprawdę nie jest tylko kwestia empatii. To jest kwestia tego, czy organizacja potrafi dobrze myśleć.

Autorka: Viktoria Marta Chmielewska, founder & prezes zarządu Mea Agency, psycholog, mentor, biznes & life coach

Zaloguj się
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Obiekty
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
MP Professionals
Galeria Eventów
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour©
MP MICE & More©
MP Impact©
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt
O MeetingPlanner.pl