Tomasz Mlącki: Play Strindberg, czyli życie na wulkanie

Jesteśmy utkani z emocji, są w dominującej mierze esencją człowieczeństwa, gdyby ich nas pozbawić, trudno byłoby się odnaleźć w przestrzeniach wypełnionych tylko ich przeciwieństwem, czyli racją. Ta jest wymagająca, żąda czasu, namysłu, analizy i dystansu. Nie daje szybkiej satysfakcji, bywa też, że nie daje jej w ogóle, gdy materia stawia opór, mnożą się pytania, a odpowiedzi nie widać. 
 
Emocje są usłużne, dostępne na każde skinienie, wręcz się narzucają ze swoją skrótowością i obietnicą błyskawicznej gratyfikacji. Są pożądane, więc nami rządzą, żądając za swoje usługi wysokiej ceny. Natychmiast, co jest na swój paradoksalny sposób uczciwe, bo same są jak błyskawica. Ledwo pomyślisz, już je masz, przebierające nerwami, aby się uzewnętrznić. Pojawiają się jak na zawołanie, gdy robi się trudno, gdy codzienność wypełniają niewielkie z początku pęknięcia, szczeliny ewoluujące w spory i kłótnie, gotowe ranić adwersarzy w chocholim tańcu dialektyki naszej powszedniej. Są wszędzie, przy biurkach, stołach, we wnętrzach i poza nimi. Wszechogarniają, imponują skutecznością ekspansji, brutalnie kosząc konkurencję w walce o nasz, jakże złudny i chwilowy dobrostan. 
 
Będąc w takiej mocy wyrzucamy potoki słów, ignorując ich rzeczywisty sens, traktując je jako formę ekspresji frustracji, naginamy, zniecierpliwieni, przemocą do potężniejących form gniewu, zamieniając, żeby sparafrazować Gombrowicza, zalety na wady. Odpominamy, jak bezlitośnie nazywał to Norwid, tworząc semantyczną antytezę zapomnienia, pradawne, nadrzewne instynkty, niegdyś manualizowane pięścią, teraz zwerbalizowane w formie cywilizacyjnie doskonalszej, okrutniejszej jednak, bowiem nienawistne, raniące słowo boli daleko bardziej i dłużej niż cios czy kopniak, osadzając się na długo w pamięci, resentymencie i ciemniejszej stronie duszy.
 
Emocje są doskonałym katalizatorem konfliktu, nęcącym substytutem uczciwej debaty, pożądanym atrybutem władców i wehikułem władzy, nieważne czy nad jedną upadlaną osobą, czy nad milionami, pozwalając iść z nią na skróty, wypierają mądrość i umiarkowanie, którą uczciwie pojmowana władza powinna się cechować. Scenariusz jest porażająco prosty w każdym przypadku. W ludzkim embrionie emocji, niczym w pierwszej formie przetrwalnikowej słynnego „Obcego” Ridleya Scotta nieubłaganie narasta masa krytyczna, powodowana splotem zdarzeń i kumulacją czynników potęgujących poziom kortyzolu. Coś poszło nie tak, ktoś nas wkurzył bądź portfolio prawdziwych czy mniemanych przewin wypełniło się po brzegi. Embrion buzuje niczym wulkan tuż przed erupcją, a owe zdradliwe zabawki bogów mają to do siebie, że potrafią drzemać latami nawet, aby w końcu wyrzucić z siebie wszystko, a raczej, żeby wrócić do filmowej metafory, wystrzelić śmiercionośną macką, dławiąc nieszczęśniczkę/nieszczęśnika, który miał pecha znaleźć się w tej sekundzie i w tym miejscu, o którym powiedzieć, że feralne, to jakby nic nie rzec. Małżonkowie, rodzice – dzieci, wreszcie szefowe/szefowie – podwładne/podwładni, to najczęstsze studia przypadku, choć zdarzają się inne, nieoczywiste przykłady. 
 
Wentyl bezpieczeństwa zostaje zatem zerwany, kropla przepełnia puchar, wielbłąd ugina się pod piórkiem, żeby przywołać tylko najpowszechniejsze metafory, i zaczyna się marny pod każdym względem, brutalny w formie i treści spektakl, puszczony w estetyce żywiołowej improwizacji. Pojawiają się wypominania, oskarżenia, wyrzekania, w tonach co najmniej podniesionych, z nieuniknioną perspektywą krzyku, błyskawicznie potężniejącego we wrzask. Wszystko z intencją zadania najboleśniejszego ciosu z przebogatego arsenału katuszy. Grill zostaje odpalony, stos płonie, a ofiara intensywnie na nim skwierczy, dostarczając katowi chwilowej, wątpliwej obiektywnie satysfakcji, jednakże rozładowując tym samym gromadzone w nim, od Bóg wie kiedy, napięcie w orgiastycznym, rewanżystowskim szale. Oprawca dostaje groteskową w gruncie rzeczy gratyfikację, zaznając zdradliwego ukojenia, a spór, od którego wszystko się zaczęło, przysycha, do następnego, nieuniknionego razu. Niech ten, kto nie został choć raz w ten sposób przez kogoś, najpewniej szefową lub szefa, w życiu potraktowany pierwszy rzuci słowem, a raczej inwektywą. Szybko, post factum, w krótkiej chwili uwolnienia od ekscytacji rzucane przepraszam, do tego rzadko, bo przecież przepraszający nie mają racji, nie załatwi przecież sprawy.  
 
Spór ma w słowniku synonimów ponad 200 zamienników. Imponująca liczba. Kompromis, jego antyteza, zaledwie 49. Cztery razy mniej. Bez komentarza, bo i o czym tu gadać. Liczby kłamać nie chcą, kłócić na szczęście też nie. Spór ma fundamentalne znaczenie w mitologii i religii, dość wspomnieć o praprzodkach gatunku kłócących się pod drzewem złego i dobrego czy śmiertelnych zapasach Kaina i Abla. Obcujemy ze sporem od początków cywilizacji i organizacji społecznej świata, i do tej pory nie nauczyliśmy się, a raczej nie chcieliśmy, doceniwszy przekornie i przezornie jego ciemną stronę, nauczyć się z nim uczciwie postępować. Spór jest barwnie widowiskowy a konsensus nieatrakcyjnie szary. Do zgody trzeba gigantycznych zasobów cierpliwości i dobrej woli, a kto i kiedy ma na to czas. Lepiej za „Dniem świra” autorytarnie mantrować, że moje jest mojsze niż twojsze, bo przecież najmojsze. Lepiej postawić na swoim, nie patrząc na cudze, za każdą cenę. Oto rytuał i credo, w którym spór i zgoda mocują się w wiecznych zapasach, niekończącej się (de)konstrukcji na gruzach, a my spętani tą dialektyką dokonujemy samospalenia na własnoręcznie układanych stosach w autodestrukcyjnej pętli.  
 
Jedyne co przychodzi na myśl w kategorii pozytywów to, choć mefistofeliczne to pocieszenie, że gdyby nie spór, nie byłoby światowej dramaturgii, a przynajmniej najwybitniejszych w niej dzieł. Cóż byśmy poczęli bez Sofoklesa, Szekspira, Moliera, Czechowa, Strindberga, Ibsena, Fredry, Wyspiańskiego oraz setek innych tytanów scenicznego pióra pracowicie spisujących dla potomnych bezkresne dzieje zajść, konfrontacji, dysharmonii, antagonizmów, scysji, starć, konfliktów, utarczek oraz pozostałych dwustu synonimów owego prasłowa, kompletując niewyczerpany z natury rzeczy wieloksiąg podejmowanych, przeważnie bez sukcesu, prób. Kiedyś Zbigniew Zapasiewicz powiedział, iż cały Czechow jest o tym, że ludzie słuchają najchętniej samych siebie, nie zniżając się do poznania narracji innych. Friedrich Dürrenmatt – błyskotliwie szczery i bezlitośnie cyniczny dramaturg szwajcarski napisał „Play Strindberg”, opierając koncept o „Taniec śmierci”, zachowując fabułę, zarys postaci i konflikty oryginału, rezygnując z rozbudowanej psychologii postaci na rzecz groteskowych skrótów. Kluczowym słowem jest tu tytułowa gra, staczająca się w raniącej, brutalnej intencji w bezlitosny pojedynek na śmierć i życie, niczym na bokserskim ringu. Dopaść, dojechać, dorżnąć, oto triada wyznawcy kultu emocji. 
 
Starożytni, ci szczęściarze funkcjonujący na początku cywilizacyjnej drogi gatunku, mogli mieć jeszcze sporo złudzeń, więc żarliwie radzili – affectus  comprime – unikaj emocji, ostrzegając przed hybris – ślepotą na cierpienie, nieodrodną siostrą hobbesowskiej pychy, pomieszanej z heglowską pogardą. Po ponad dwóch tysiącach lat, z całym bagażem historii, tej małej i tej przez wielkie „h”, nie mamy już owego luksusu, choć z drugiej strony jesteśmy uzależnieni od nadziei, bo przecież o niej, poza sporami, wszyscy ci wymienieni wielcy dramatopisarze żarliwie rozprawiali. Trzymajmy się jej więc, my spesoholicy (spes – w łacinie nadzieja), wiarę ze zwątpieniem na co dzień przeplatający, a zanim zaczniemy posłusznie podążać na smyczy emocji, przyjmijmy jeszcze jedną rzymską radę – audiatur et altera pars – wysłuchajmy drugiej strony, zanim będzie za późno, siebie samych zawsze zdążymy… 

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie...