Tomasz Mlącki: Dwie twarze sieci, czyli ciągle tutaj jestem

Doświadczyliśmy ostatnio cudu. Szerzej dotąd nieznani youtuber i raper, Łatwogang i Bedoes, zebrali na rzecz fundacji Cancer Fighters, w kilka ledwie dni, ponad ćwierć miliarda złotych, spontanicznie i charyzmatycznie orkiestrując narodowy zryw charytatywny. W sieci, gdzie zwykle radykalizm wypiera umiarkowanie, a pogarda wygrywa z tolerancją, gdzie polaryzacja jest najskuteczniejszym paliwem pompowania zasięgów, raczej trudno o krzepiącą antytezę konfliktu, a z taką właśnie mieliśmy do czynienia. Zbiórka, w tak krańcowo pękniętym społeczeństwie, łączyła, jak podczas najistotniejszych dziejowych momentów, powodując, iż zwaśnione medialne tuby wrogich na co dzień plemion, od TVN do TVR, zdecydowały się solidarnie wspomóc ten szlachetny koncept opróżniania portfeli wszelkiej proweniencji – celebryckich, sportowych, artystycznych i biznesowych, nie zapominając też o datkach szarych, zwyczajnych ludzi, współtworząc tym samym sukces największego, jednorazowego dobroczynnego eventu w historii kraju. 
 
Na pewno pomógł szczytny cel – pomoc dzieciom zmagającym się z nowotworami, heroicznie walczącymi o każdy kolejny dzień. Jeszcze dzień życia, jak kiedyś pisał Kapuściński o równie ekstremalnym doświadczaniu człowieczeństwa w sytuacji ciągłego zagrożenia w konflikcie zbrojnym. Te dzieci toczą przecież regularną wojnę, okopane w lecznicach i szpitalach, konstruując z pomocą lekarzy i rodzin co dnia nową taktykę i strategię przetrwania. Małe wojny małych ludzi, ciałem, bo duchem są wielcy. Zdaje się jednak, że kluczowe w recepcie na sukces były co najmniej dwa momenty. Pierwszy to formuła zbiórki w czasie rzeczywistym, co powodowało, iż każde 10 czy 20 złotych natychmiast uwidaczniano w streamie, przypisując je konkretnym donatorom, przeplatając nimi wielotysięczne sumy ofiarowywane przez ludzi z pierwszych stron gazet, dając tym samym masom egalitarną satysfakcję. Natychmiastową, od czego przecież pokolenie (w) sieci jest kompulsywnie uzależnione. Drugim, najbardziej zresztą budzącym szacunek czynnikiem, był stanowczy dystans od merkantylizmu i polityki, odepchnięcie tamtejszych elit próbujących, szczególnie z prawej strony, podpiąć się pod, jak to im zapewne jakiś niewydarzony, pozbawiony elementarnego słuchu społecznego spin-doktor klarował, wyimaginowany w aberracyjnej malignie konstrukt anty-Owsiaka. Wszelkie próby zbicia konfrontacyjnego kapitału na tej akcji spełzły szczęśliwie na niczym. 
 
Ciekawe czy wyjdzie z tego marka, jakaś inna orkiestra, bardziej w duchu naszych czasów, gdzie media tradycyjne odchodzą powoli w cień, a wszelka informacja coraz agresywniej krąży w społecznościowych, czy też był to tylko jednostkowy poryw. Tak czy inaczej efekt uwodzi embrionalną wręcz czystością intencji oraz zaprzeczeniem esencji sieci, czyli doskonaleniu sztuki brutalnej perswazji, przechodzącej gładko w kłamstwo. Bowiem w wirtualnej przestrzeni wygrywają pracoholiczni perfekcjoniści łgarstwa bez zmrużenia oczu, przede wszystkim w polityce, gdzie uprawia się tak zwane kłamstwo performatywne, kusząco anihilujące w gładkiej, spektakularnej formie niewygodne treści i kontrowersje. Nieważne przecież co się mówi, ważne jak i do kogo. W końcu, żeby zacytować niesławnego klasyka, ciemniejący na potęgę lud i tak to kupi, zaczadzony narracją o suwerenie, służbie narodowi, o vox populi, vox dei, oraz innych, tyleż wzniosłych, co pustych, populistycznych frazesach. Sieciowa definicja kłamstwa jest brutalnie prosta: to pogląd niezgodny z naszym, prawdą jest zaś tylko to, w co nie wierzą inni. Jeśli porównamy ten cały nienawistny zgiełk z akcją Łatwoganga i Bedoesa, zobaczymy w pełni uwznioślającą każdego wrażliwego człowieka różnicę, doceniając pomysł i wykonanie. Krystalicznie perfekcyjne. Chapeau bas chłopaki, czy też raczej szacun, jak w waszym pokoleniu semantycznie kondensuje się uznanie. Jasna strona sieci zajaśniała dzięki Wam z pełną mocą, daliście tym, co są utkani z dobrej woli potężny zastrzyk nadziei, trochę szkoda, że tak krótko. 
 
Ciemna strona przecież nie odpuszcza, budując konsekwentnie swoje gwiazdy śmierci. „Choćby się oczy zamknęło, marzyło, Na świecie będzie tylko to, co było.”, jak pisał Miłosz, a dwieście lat wcześniej Jędrzej Kitowicz biadał, iż „wszędy się mięsza złe do dobrego”, dominując zresztą. Sieć jest niczym dom, co może być dobry lub zły, nie tylko w filmowej metaforyce. Ten zły ma ostatnio najczęściej zaoceaniczną, biało-pomarańczową barwę. Pisanie o jednostce, która z wirtualnej przestrzeni zrobiła wszechpotężny lewar narcyzmu, nigdy nie znuży, bowiem, gdy wydaje się, iż już nas zdziwić nie zdoła, zaskakuje czymś, co raptem kilka dni wcześniej zdawało się niemożliwe, niewykonalne, niepojęte czy nieakceptowalne. Na swój upiorny, toksyczny sposób jest to imponujące. Oto kilka najnowszych ekscesów człowieka, o którym można wszystko powiedzieć, lecz nie to, że brzmi dumnie. Papież, który miał odwagę urbi et orbi głosić najoczywistszą prawdę, że niszczenie infrastruktury cywilnej jest niedopuszczalne i sprzeczne z prawem międzynarodowym, doczekał się na portalu o oksymoronicznej nazwie „Truth Social” miernej intelektualnie i marnej etycznie prezydenckiej riposty, iż jest „słaby w polityce zagranicznej” i „jeszcze słabszy wobec przestępców”, na co lokator Watykanu odparł, iż nikt, nawet prezydent USA nie jest mu w stanie zabronić głoszenia Ewangelii. Amerykanie, a jacyż inni. Znać różnicę klasy? 

Watykan zresztą, w dobie potężniejącego wazeliniarstwa i milczenia innych państw wobec wyskoków pana T., pozostaje jednym z niewielu głosów globalnego rozsądku. Trump jest zmanipulowany i uprzedmiotowiony przez swoje namiętności, wypełniając diagnozę Hobbesa, Leon XIV zaś idzie w ślady Sokratesa, który zalecał brać je w cugle. Mówi się o tym, że wkrótce wydana zostanie pierwsza encyklika jego autorstwa poświęcona AI, której sieciowe algorytmy zabijają, w tym co najbardziej wstrząsające także najmłodszych, nieumiejących się podnieść spod ciężaru hejtu i pogardy. Każda rewolucja pożera swoje dzieci, lecz ta cyfrowa zachłanniej niż inne, sięgając po coraz to młodsze kohorty, ciesząc się przy tym potężniejącym politycznym wsparciem ze strony Waszyngtonu. Prawie wszystko jest już transakcją i hazardem. Powstały rynki predykcyjne, monetyzujące informacje top secret, umożliwiając obstawianie antycypacji wydarzeń politycznych, wojennych i ekonomicznych za grube miliony. Przedziwnym zbiegiem okoliczności umościł się w tym biznesie Donald Trump Jr. Nie muszę chyba tłumaczyć jakie możliwości i przewagi daje tu wiadome ojcostwo. Co się zaś tyczy etyki, w końcu to Trump senior niedawno perorował, że nie czuje się związany powszechną moralnością. Słowo szybko stało się ciałem. Na pewno nie po raz ostatni.   
 
Mówi się coraz częściej, że ten król jest szalony. Nawet jeśli tak jest, w tym szaleństwie nietrudno znaleźć całkiem trzeźwą metodę. Jak triumfalnie podały media społecznościowe Białego Domu, zawarto z Departamentem Sprawiedliwości ugodę, na mocy której amerykański urząd skarbowy ma zakaz prowadzenia audytów zeznań podatkowych Donalda Trumpa, członków jego rodziny i Trump Organization. Dokument (cytuję za PAP) stanowi, że rząd USA, czyli instytucja kierowana przez Trumpa, jest „na zawsze wykluczony i pozbawiony prawa” do badania lub ścigania zeznań podatkowych złożonych przed datą ugody oraz wszelkich spraw, które „zostały podjęte lub mogą zostać podjęte”. Zapis obejmuje również osoby powiązane: członków rodziny, fundusze powiernicze i spółki zależne prezydenta USA, który wcześniej pozwał urząd podatkowy, oskarżając go o wyciek danych i żądając z tego tytułu 10 miliardów dolarów odszkodowania. Ostatecznie pozew wycofał i zawarł ugodę, dalece więcej wartą, niż te marne dziesięć dużych baniek. Jeszcze do niedawna trudno było sobie wyobrazić tak bezczelnie jawne wykorzystywanie urzędu do własnych interesów. Sprawa wywołała gigantyczne oburzenie wśród opozycji na Kapitolu. Nazwano ją czystym oszustwem i rabunkiem pieniędzy podatników, postrzegając jako naruszenie prawa federalnego, które zakazuje ingerencji władzy wykonawczej w audyty podatkowe. Jest bezsprzecznym, iż z tak bezprecedensowym przypadkiem 45. i 47. prezydent USA zostawił w pobitym polu dwóch, do tej pory uważanych za najbardziej skorumpowanych poprzedników: osiemnastego, Ulissesa Granta (tego z zielonej pięćdziesiątki) oraz dwudziestego dziewiątego – Warrena Hardinga. Spróbujcie to sobie wyobrazić w Europie, premier rządu nakazuje, za pośrednictwem usłużnych prawników, podległym sobie urzędnikom objęcie go dożywotnim immunitetem podatkowym. Nic tylko optymalizować dochody bez barier i pardonu dla budżetu państwa, którego jest przecież strażnikiem. Trudno doprawdy zebrać szczękę z podłogi…  
 
Trump stale balansuje na granicy hiperegotycznego szaleństwa, upubliczniając to wszystko z lubością w sieci. Uprawia, jak to to zgrabnie ujmował Czechow, w końcu medyk z zawodu, psychopatię uczuć i emocji. Trudno przypuszczać, żeby czytał Gałczyńskiego, ale, na swój prostacki sposób, idzie tropem tej frazy: „Publiczność zasię jest tym drogowskazem, czego nie mogą pojąć różni durnie. Jeżeli błazeństw pragnie, bądź jak błazen, jeśli koturnów, stańże na koturnie”. Nie sposób za nim trafić. Mówi, że może zakończyć wiadomy konflikt w 24 godziny, nie potrafiąc tego uczynić od półtora roku, ogłaszając za to pokój niemalże co dzień. Wywołuje za to kolejną wojnę wpędzającą świat w gigantyczną spiralę kryzysu, obrażając się przy okazji na sojuszników, których nie raczył o tym zamiarze poinformować, iż nie chcą mu oddać sił zbrojnych na każde zawołanie. Jest uosobieniem chaosu i destrukcji, zagrożeniem dla zachodniej, demokratycznej cywilizacji w stopniu nie mniejszym niż najwięksi tyrani tego świata, którzy zresztą zacierają ręce obserwując waszyngtońskie drgawki. Z tego galimatiasu, żeby strawestować Sienkiewicza, korzyść mieć będzie tylko Chińczyk i Moskwa, ewentualnie Tel Awiw. A to grozi starciem perskiej cywilizacji z powierzchni ziemi, a to publikuje w sieci portret samego siebie jako Jezusa, co rodzi mnożące się, zasadne pytania o stan jego umysłu i zdolność do sprawowania urzędu oraz o impeachment. W obecnej konfiguracji Kongresu zastosowanie 25. poprawki do konstytucji USA jest z punktu politycznej arytmetyki niemożliwe, ale po wyborach połówkowych? Kto wie, sondaże są bezlitosne i dają wolnemu światu nadzieję. Z demokracją, jak mawiał Hans Kelsen, austriacki filozof prawa, różnie bywa. Może dawać pozytywne skutki, a może i negatywne. To zależy od poziomu tych, którym się ją daje.
 
Mamy zatem, do wyboru, dwie twarze sieci, dwie charyzmy, budującą i niszczącą, altruistyczną i utylitarną, dobrą i złą, dychotomię sensu stricte, po prostu. Refren wykonywanej w trakcie charytatywnego zrywu piosenki ściskał za gardło i wgniatał w fotel. To poruszające „Ciągle tutaj jestem”, w kontekście onkodzieci z głębi duszy serca radowało, jednak w przypadku amerykańskiego prezydenta trudno mieć serce, żeby się taką frazą cieszyć.  

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie...