Czesi czytają. Zapamiętale, wytrwale, wspaniale, nawet – żeby podpiąć się pod tekst autorstwa Andrzeja Własta, niezapomnianą piosenkę z muzyką Henryka Warsa, o człowieku który umiał kochać wszystko, wszystkich i wszędzie – w pociągu. Nic nadzwyczajnego, lektura w wagonie, ktoś powie. Zaprawdę nie wiecie, co mówicie, poproszę, jak w banku albo na infolinii, o chwilę cierpliwości, więc zacytujmy tylko dwie zwrotki owego genialnego fokstrota z między-, albo raczej przedwojnia, bo ta fraza, tu i teraz, brzmi współcześniej i jakby aktualniej, zanim przejdziemy do sedna, czyli miłości do książek.
Wystarczy zamienić kochać na czytać, ewentualnie pobawić się rymowaną geografią i rzecz pod tezę sformatowana.
Ja umiem kochać
W Warszawie, przy kawie, na trawie
Ja umiem kochać
W Krynicy, w pszenicy, w piwnicy
Ja umiem kochać
W pochodzie, w ogrodzie, na wodzie
Ja umiem kochać
W pociągu, w przeciągu, na drągu…
Pochłanianie książek przy kawie, w ogrodzie i na trawie to banał, więc tym się nie warto zajmować, nie wiem też, na razie przynajmniej, jak nad Wełtawą jest z czytelnictwem w piwnicy, pszenicy i na drągu. Jak tylko się dowiem, niezwłocznie poinformuję. Skupmy się zatem na pociągach, pod specjalnym literackim nadzorem, rzecz jasna. Czesi czytać w nich kochają, jak mało kto, czyniąc to w wersji odskulowej, na papierze, wyczerpanym zresztą wieloletnią służbą ludzkim oczom i umysłom, i to właśnie czyni ową genialną różnicę. Nasi południowi sąsiedzi, naród do naszego całkowicie a contrario, nieskażony nademocjonalnością porywów, czy kondensacją romantycznych miazmatów, pragmatyczny i praktyczny aż do bólu, wykoncypował bowiem książkodzielnie kolejowe. Po co kupować, nieść na dworzec i z niego do domu opasłe tomiszcza. Lepiej założyć mini bibliotekę w poczekalni. W ponad 50 dworcowych lokalizacjach na terenie Republiki Czeskiej wygospodarowano kąt na samoobsługowe regały, z których można prozatorski, poetycki lub faktograficzny smakowity kąsek wziąć, przeczytać, powiedzmy między Pragą a Brnem, a potem odłożyć na półkę dla innych, chyba że, jak napisano w instrukcji obsługi „Knihy do vlaku” (Książki do pociągu) – bo taką nazwę ten koncept nosi – „Pokud sa Vam kniha libi, mużete si ji nechat”, czyli jeśli się dzieło podoba, można je zatrzymać. Jest tam też apel o zasilanie zbiorów pozycjami z własnych, domowych bibliotek. Można? Można! Prokulturowo, proedukacyjnie i, co najważniejsze, prospołecznie. Czytelniczym egoistom, kupującym tylko sobie, kulącym się w egotycznej lekturze w swoich kolejowych fotelach, mówi się tam gromkie NIE!
Działa to znakomicie, bowiem w Bohuminie, gdzie czekałem na przesiadkę w drodze na wędrówkę po Małej Fatrze, półek było sześć, a wszystkie pełne. Miałem ponad dwie godziny, więc postanowiłem, sięgnąwszy po mojego ukochanego Jarosława Haszka, a konkretnie zbiór opowiadań z włóczęgi po Słowacji, nazywanej wtedy kuriozalnie Górnymi Węgrami, podszlifować nieużywany od dłuższego czasu czeski, mój drugi język ojczysty, w pewnym sensie, bowiem jestem ćwierć krwi Czechem, po mieczu, a raczej kuflu, zresztą. Zacząłem tedy z ogromną satysfakcją czytać w oryginale te humorystyczno-ironiczne perełki, pisane niepowtarzalną, bezkompromisową w formie i treści, klasyczną haszkowską frazą, ostrą jak dopiero co kupiona brzytwa sumiennego golibrody. Frazą bezlitosną dla wszelakiej głupoty, nieożywionej i ożywionej, jakże celnie kpiącą z kuriozalnego kolonializmu, pomieszanego z groteskowym imperializmem rodem z Budapesztu, kreującego się na lokalną odmianę rule Britannia, niosącego tym niby nieokrzesanym karpackim góralom kaganek wysokiej, oczywiście we własnym, nadętym paternalizmem mniemaniu, kultury i cywilizacji znad Dunaju. Narcystyczne, nacjonalistyczne ego w pełnym rozkwicie, brutalnie, lecz sprawiedliwie zweryfikowane przez historię w Trianon, ledwie kilkanaście lat po napisaniu przez Haszka tych stron. Kiedy pociąg, solidnie spóźniony, wreszcie wtoczył się na peron, usatysfakcjonowany odstawiłem tom na półkę, bo choć bardzo mi się podobał (patrz wyżej), ważył dobrze ponad kilogram, co dyskwalifikowało go w perspektywie przejścia 60 kilometrów po górach, z sumą różnicy wzniesień ponad trzech tysięcy metrów w trzy dni. W moim wieku każdy gram w plecaku ma znaczenie, więc z bólem serca, nie chcąc dopuścić do bólu kręgosłupa, podjąłem jedynie słuszną decyzję, zabierając ze sobą tylko odświeżonego w pamięci ducha pisarstwa genialnego czeskiego prozaika.
Zdawało się zatem, że moja literacka retrospektywa stanowi rozdział zakończony. W mozole wspinaczki oddaliłem myśli o autorze „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, ale jakimś nieprawdopodobnym wręcz zbiegiem okoliczności, szansą jedną na milion, słowo Haszka stało się ciałem w drodze powrotnej, w pociągu z Żyliny do tegoż Bohumina, domykając wewnętrzny krąg. Ciałem, dodajmy, niezwykle obfitym, monstrualnym wręcz, w postaci olbrzymiego Słowaka, który wtoczył się do naszego przedziału, zajmując swoją osobą, lekko licząc, jedną trzecią jego powierzchni. O nieświęty Jarosławie, pomyślałem, dałeś mi najwyraźniejszy z możliwych znaków, zsyłając Balouna, czyli materializując jedną z najbardziej charakterystycznych postaci szwejkowskiej odysei, personę gigantyczną, wiecznie głodną i spragnioną, organicznie nienasyconą, o dziecięcej wręcz prostolinijności. Taki też był Milan, podróżujący z trzema przesiadkami, z rodzinnych, słowackich Koszyc do czeskiego Pilzna, bo tam właśnie rozstawiano wesołe miasteczko, w którym pracował. Ten gargantuicznej postury człowiek miał serce tak wielkie jak cała jego postać. Co i raz, żeby zacytować Haszka, dostawał napadu wielkoduszności, chcąc nas czymś obdarować. A to pierwszorzędną jałowcówką, a to swojskimi wiktuałami wyciąganymi z przepastnego wora, a to domowym ciastem, ale przede wszystkim swoją obecnością. Był, wbrew wylewnej towarzyskości, dojmująco samotny, lgnął do ludzi, rozpaczliwie wręcz potrzebując rozmowy, bliskości i uwagi. Jawił się jako postać z innego, dawnego świata, kiedy wspólna podróż była szansą na rozmowę, na realną, odczuwalną wszystkimi zmysłami interakcję, wypieraną dziś skutecznie przez wirtualny eskapizm w ekrany urządzeń mobilnych, obsługujących, co za paradoksalna groteska w nazwie, media społecznościowe. Świata, w którym spotkanie obcego, innego było darem i szansą, a nie drażniącą anomalią przeszkadzającą w skupieniu się na własnych sprawach, gdzie altruizm nie ginął w zmaganiach z zaborczym utylitaryzmem.
Zaczęliśmy, mój górski towarzysz i ja, wspomagani przez czeskiego emeryta, z nim rozmawiać. Mam szczęście, wyszeptał, bo głos miał zupełnie nieadekwatny do wagi, delikatny, aksamitny wręcz, mało kto teraz chce gadać, wszyscy się opancerzają, nastraszają, obrzucają mnie oburzonym wzrokiem i gapią w komórki, a jest o czym. Potem zaczęła się kilkunastominutowa konfesja, z minuty na minutę zaskakująca głębią filozoficznego tonu. Nazwać to spowiedzią życia byłoby nadinterpretacją, ale momentami się o nią ocierał. Ten prosty, jakże jednak wrażliwy człowiek, dokonywał na naszych oczach próby rachunku życia, widząc w nim coraz to mniejszy sens. Pracuję w tym wesołym miasteczku, mówił przygaszony, a jedyne co robię, to buduję i burzę, co postawię, to w kilka dni później zniszczę, śladu po tym nie ma, tylko wygnieciona trawa po tych wszystkich karuzelach, gabinetach luster i strzelnicach. Dajemy ludziom trochę radości, ale jakże to ulotne, zapominają następnego dnia. Nagle, z pełną jasnością, dostrzegłem uniwersalizm tych słów. Czy i my, pracujący w branży, jak to z właściwą sobie przesadną emfazą i propagandowym patosem określił jeden z moich byłych szefów, sprzedającej marzenia, organizując miesiącami wydarzenie lub event, jak kto woli, nie jesteśmy w tej samej pułapce? Czy cały ten katorżniczy zgiełk, w pętli immanentnego stresu, w obliczu dyktatu klientów, którzy chcą wszystko na już i za bezcen, ma sens, bo przecież te kilka godzin efektu, będące owocem wielotygodniowej harówki, to mniej niż żywot motyla, choćby zarejestrowany i opublikowany? Tak, wtedy poczułem potężniejącą solidarność, dostrzegając wspólnotę losu, bo co nas właściwie różni, ponad to, iż on trzyma w ręku młot, czy inne ciężkie narzędzie, a ja klawiaturę? Łączy za to dotkliwa świadomość, że owoce naszej pracy błyskawicznie zatracają się w mgle niepamięci, bo tej akurat impresji nikt na płótnie wystawionym później w Musée d'Orsay, ani na kartach dzieł wybitnych raczej nie uwieczni.
Chciałoby się zostać dłużej, powiedzieć coś od siebie, zrewanżować szczerością za szczerość, ale pociąg stał już na peronie w Bohuminie, więc pozostało się tylko pożegnać. Milan uścisnął nasze dłonie, które zniknęły na chwilę w jego potężnej prawicy, rzucił Majte sa, co w wolnym przekładzie oznacza – trzymajcie się, a na koniec zaśpiewał pierwszą zwrotkę Mazurka Dąbrowskiego. Powiedzieć, że to była niespodzianka, to jakby nic nie rzec, zresztą wszystko, co się wydarzyło przez owych kilkadziesiąt minut było zdumiewającym darem losu, więc i finał nie mógł być inny. Trzymaj się Milanie, zadbaj o siebie, zrzuć nieco wagi, bo takich jak ty, bezinteresownie kochających ludzi, ze świecą teraz szukać. Takich, których Andrzej Włast, w przywołanej już piosence, jakby opisywał wymierający gatunek, tak kompletował:
Ludzie mówią, żem jest wielkie nic
Że mi w głowie pusty witz
Ach, taki nicpoń iść musi na dno
Bo ja umiem tylko to:
Ja umiem kochać
Prawdziwie, żarliwie i tkliwie
Ja umiem kochać
Namiętnie i chętnie, i smętnie
Milanie, wzajemności, wreszcie i jak najszybciej, z duszy serca życzę…
Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie...