Wróciłam właśnie z Ameryki i powiem jedno: są miejsca, które zapamiętuje się na długo, ale są też podróże, które zmieniają sposób, w jaki patrzymy na samo podróżowanie.
Amerykańskie drogi mają w sobie coś, czego trudno szukać gdziekolwiek indziej. Może to kwestia tej niekończącej się przestrzeni. Może kultury, która od dekad opowiada nam, że prawdziwa przygoda zaczyna się wtedy, kiedy przekręcasz kluczyk w stacyjce i ruszasz przed siebie. A może po prostu chodzi o wolność. Dla mnie, wychowanej u schyłku komunizmu, kiedy wyjazd za granicę był dobrem niemal nieosiągalnym, a Amerykę znaliśmy głównie z filmów oraz opowieści wujków i cioć żyjących na emigracji, to właśnie USA było synonimem wolności i odwiecznym marzeniem. A potem przyszło kino. Filmy takie jak „Bonnie and Clyde”, „Thelma i Louise”, „Easy Rider” czy „Urodzeni mordercy”. Te obrazy niekończących się dróg ciągnących się aż po horyzont całkowicie rozpalały moją wyobraźnię i jeszcze mocniej wzmacniały we mnie poczucie, że wolność ma właśnie taki smak. Smak otwartej przestrzeni, ruchu i braku granic.
Road trip jest to podróż, która łączy przygodę i siłę w podejmowaniu decyzji i wyborów. I coraz częściej myślę, że to również jeden z najbardziej niedocenianych pomysłów na wyjazd incentive.
Bo zacznijmy od obrazu w naszych głowach. Zamknijcie oczy.
Późne popołudnie. Kalifornia. Widzicie już to? Ruszamy. Słońce jeszcze zawieszone nisko nad horyzontem, ale wszyscy już czują, że dzieje się coś większego niż zwykły wyjazd.
Zostawiamy za sobą miasto i jego codzienny rytm. Droga zaczyna się otwierać. Kalifornia robi się coraz szersza, przestrzeń między punktami na mapie przestaje być jedynie logistyką, a zaczyna być częścią historii.
Palm Springs daje nam pierwszą obietnicę przygody. Potem Pioneer town przypomina, że Ameryka najlepiej opowiada swoje historie tam, gdzie kurz drogi miesza się z legendą Dzikiego Zachodu. Joshua Tree Park z drzewami i krajobrazami jak z innej planety.
I nagle pojawia się legenda, Route 66. Droga, która od dekad przypomina, że czasami nie chodzi o to, dokąd jedziesz, tylko jak tam docierasz.
Potem Mojave, której przestrzenie zachwycają. Las Vegas pojawia się jak równoległy świat. miasto, które nigdy nie śpi i nawet nie próbuje udawać, że zna pojęcie ciszy.
A potem kontrast. Death Valley. Miejsce, gdzie natura mówi: teraz zamilknij i patrz.
Sequoia National Park, gdzie drzewa pamiętają więcej historii niż większość cywilizacji, które znamy. Yosemite, które nie potrzebuje filtrów, efektów specjalnych ani komentarza.
I wreszcie San Francisco. Nie jako meta. Raczej jako piękna klamra dla podróży, która wydarzyła się gdzieś pomiędzy.
Bo road trip ma jedną niezwykłą cechę, buduje doświadczenie nie z punktów programu, ale z drogi.
I być może właśnie dlatego najlepsze wyjazdy incentive przestały dziś opierać się na schematach. To już nie hotel i agenda budują wartość. Najbardziej zapadają w pamięć chwile, które poruszają. Emocje przeżywane razem. Doświadczenia, które dają ludziom poczucie autentycznej więzi i czegoś naprawdę wyjątkowego.
Historii, które zaczynają się od „pamiętasz ten moment, kiedy…”.
Road trip zmienia dynamikę grupy. Ludzie spędzają ze sobą czas naturalnie. Rozmawiają inaczej niż w biurze. Wspólnie podejmują decyzje. Improwizują. Zatrzymują się tam, gdzie nie było planu. To oni widzą piękne miejsce i mówią „Zatrzymajmy się tutaj”. I to właśnie wtedy budują się relacje.
Moje drugie ulubione miejsce na road trip to Islandia.
Krajobraz tak surowy, tak monumentalny i tak zmienny, że oglądanie jej zza szyby autobusu wydaje się wręcz nieporozumieniem. Islandia wymaga ruchu.
Zatrzymania się wtedy, kiedy akurat zobaczysz wodospad czy widok, którego nie było na planie. Skręcenia w drogę prowadzącą przez krajobraz, który nie pasuje do Ziemi, Przejechania kilkudziesięciu kilometrów przez pustkę, która nagle okazuje się najbardziej spektakularnym widokiem dnia. Nie poznaje się Islandii siedząc w trzecim rzędzie autokaru.
Tak samo jak nie doświadcza się prawdziwej Ameryki, jeśli nie przejedzie się jej drogami.
I chyba właśnie dlatego road tripy stają się jednym z najbardziej fascynujących kierunków dla nowoczesnego incentive travel. Bo luksus przestał oznaczać tylko pięciogwiazdkowy hotel.
Coraz częściej luksusem staje się doświadczenie. Przestrzeń. Wolność.
Moment, kiedy jedziesz przed siebie i nie myślisz o niczym, poza tym, co czeka za kolejnym zakrętem. A najlepsze podróże? Te najczęściej zaczynają się dokładnie tam, gdzie kończy się plan.
Dziękuję wszystkim za ostatnie emocjonujące podróże.
Autor: Agata Kondracka, współzałożycielka i współwłaścicielka agencji MindBlowing
Cykl felietonów: Global Nation czyli historie globalne
Agata Kondracka współwłaścicielka agencji MindBlowing w swojej pracy stara się łączyć wartościowe spotkania, przede wszystkim te z kategorii incentive travel, sztukę i zrównoważony sposób prowadzenia biznesu, ze szczególnym naciskiem na dbałość o środowisko i zero waste. I tych aspektów będą dotyczyć głównie jej komentarze.
Global Nation by Agata Kondracka w pierwszy poniedziałek kazdego miesiąca