Tomasz Mlącki: Pracoholizm zglobalizowany, czyli Harry i ja

W wieku przedemerytalnym przyszło mi pracować w przestrzeni biurowej premium, eleganckim, nader udanym architektonicznie budynku, o przyjaznej dla wymagającego oka estetyce wyrafinowanej prostoty, zlokalizowanym w Miasteczku Wilanów, niegdyś zwanym złośliwie przez prawaków Lemingradem. W środku jest jeszcze ciekawiej, zaskakuje ogromne, poprowadzone przez wszystkie kondygnacje patio, bowiem inwestor szczęśliwie nie uległ manii upychania klitek, gdzie tylko się da, dając strukturze szansę na otwartość i oddech. Ponieważ wszystko wskazuje na to, iż jest to ostatnia prosta tak zwanej, bo to słowo potrafi po sześćdziesiątce już tylko śmieszyć, zawodowej kariery, pojawiają się nieuchronne porównania do jej początków. 
 
Zacznijmy jednak od końca. Rozpieszczają tam bezwstydnie, są słodkie poniedziałki, z regularną dostawą kilkunastu rodzajów cukierniczych wypieków, owocowe środy, z podobną mnogością fruktów krajowych, patriotycznych oraz importowanych, kontentujących tych myślących kosmopolitycznie, orzechowe piątki, a to wszystko przetykane lodowymi i energetyzującymi niespodziankami oraz, znacznie rzadziej, drugimi śniadaniami i przekąskowymi fajfami. W sumie – catering obfity i zróżnicowany, w cenie wynajmu. Do tego strefy chilloutu, leżaki na wypielęgnowanym ogrodniczo dziedzińcu otwartym, szemrzące strumyki i chłodzące wizualnie oczka wodne, wydajna i niezawodna klimatyzacja. Summa summarum chce się tam przebywać, bez dwóch zdań.  
 
Kiedy sięgnę pamięcią do swojego pierwszego biura, Agencji Uniwersyteckiej „Almaturu” w latach 80., w szacownym kampusie centralnym mojej Alma Mater na Krakowskim Przedmieściu, różnica jest kolosalna, bowiem wtedy catering, składający się z kajzerki i kefiru z kombinatu mleczarskiego na Woli, trzeba było cierpliwie wystać w sklepie nęcącym egzotyczną nazwą „Sumatra”, a jeśli się przyszło zbyt późno, obejść chwilowo smakiem, głód neutralizując w środku dnia zupą i chlebem, zawsze dostępnymi bez konieczności uiszczania opłaty, w znajdującej się naprzeciwko studenckiej stołówce. Air condition, jak z nieco wymuszonym uśmiechem mawiano, była dostępna by opening the window, a do toalety, aromatycznej inaczej, szło się z własnym papierem toaletowym i mydłem. Reasumując, stamtąd po biurowej szychcie czym prędzej się umykało, realizować życie intensywnie gdzie indziej, a teraz, i to jest ów paradoksalny haczyk, w owej warszawskiej filii Doliny Krzemowej chce się niemalże zamieszkać, zaprzeczając zasadzie work & life balance.  
 
W dobie panującego nam niemiłościwie pracoholizmu jest to drapieżnie nęcąca pułapka, najskuteczniej technologicznie wspomagana przez smartfony. Moje koleżanki i koledzy z rozlicznych instytucji opisywanego wilanowskiego Edenu pochodzą z co najmniej trzech kontynentów, kilkudziesięciu krajów i tyluż kultur, będąc en bloc  perfekcyjnym przykładem triumfu globalizacji w kontekście ciężkiego uzależnienia od mobilnych urządzeń komunikacyjnych. Kursują z komórkami przy uchu przez cały czas – w korytarzach, kuchniach i co, pardonnez moi, najsmakowitsze dla felietonisty, w toaletach. Ci ludzie nie mogą się z nimi po prostu fizycznie rozstać, będąc symbiotycznie z owymi parazytami zrośnięci. Nie wszyscy rzecz jasna, ale pokaźna ich liczba. Nie chodzi tu, co trzeba doprecyzować, o jakieś tam prywatne gadki i surfowanie. Oni po prostu przez cały czas pracują, sprzedając, negocjując, księgując i korespondując, tworząc modelowe biuro wirtualne, bo przecież nie można zmarnować ani minuty przeznaczonej na pomnażanie zasobów. Podam kilka osobniczych przykładów.  
 
Na początek archetyp polski. Pewien skądinąd sympatyczny handlowiec wyspecjalizował się z rozmowach telefonicznych nad pisuarem. Pamiętacie „Nagą broń” z Leslie Nielsenem i scenę niechcianej transmisji live z toalety? To prawie tak samo tyle, że zasięg znacznie mniejszy. Facet jest perfekcyjny w, nazwijmy to naukowo, dynamicznej manipulacji wielokończynowej, sensu largo, więc nie bądźmy anatomicznymi dogmatykami przyjmującymi, że kończyna jest li tylko strukturą kostną. Potrafi, z budzącą szacunek precyzją koordynacji ruchowej i podzielnością uwagi, lać równocześnie znacznie podkoloryzowaną wodę, dosłownie i w przenośni. To drugie w co najmniej trzech językach. Modelowy multitasking. Kilka dni temu dopiął, zapinając równocześnie rozporek, grubą transakcję. Przeszczęśliwy spojrzał na mnie, punktując swoją wiktorię w prostych słowach – tak to się to k… robi i natychmiast wypadając z hukiem z pisuarium, aby ustalenia zwerbalizować jak najszybciej mailem. Rąk nie umył. W sumie racja, pecunia non olet…    
 
Idźmy dalej, do nacji, której, jak wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, pisana jest najświatlejsza przyszłość. Tamtejszy Chińczyk jest postacią zaprzeczającą na co dzień jakiejkolwiek ekspresji: gestu, mimiki i słowa. Do komórki mówi szeptem, nieufnie, rozglądając się trwożnie na boki, chyłkiem przemykając pod ścianą. Kiedyś usłyszałem jego mandaryńskie mamrotanie z sąsiedniej kabiny toaletowej, ale tu zdarzył się cud, emisja głosu mojego skośnookiego kolegi nagle wystrzeliła w kosmos, ewoluując błyskawicznie w krzyk. Przełamał się, pomyślałem z radością, narodził na nowo. Niestety, treść pomyliłem z formą, człowiek chciał po prostu zagłuszyć naturalne dla tego miejsca dźwięki. Na nic to się zresztą zdało, odgłosów gastrologicznej burzy stłumić nie zdołał, przywodząc na myśl międzywojenny koszarowy dowcip o przyjęciu w litewskim pałacu, dla oficerów Suwalskiej Brygady Kawalerii na letnich manewrach. Otóż stary ułan, wydawszy krępujący odgłos, zaczął się intensywnie wiercić na krześle, na co hrabina, pani domu, życzliwie uspokoiła nieszczęśnika. Panie majorze, daj pan spokój, mebel zepsujesz, a dźwięku i tak nie dobierzesz… Wyszliśmy z kabin równocześnie, biedaczyna spłonił się, zmieszał i skłoniwszy się, wyciągnął w moim kierunku dłoń. Z rudymentarnych przyczyn higienicznych zawisła w powietrzu, odkłoniłem się tylko głęboko z promiennym uśmiechem, żeby nie wyjść na gbura. 
 
Jest też pewien Białorusin, absolutny mistrz rozmów biznesowych nad zupą lub kotletem, żeby choć ani jednej sekundy zdatnej do zmonetyzowania, broń Boże, nie uronić. Wypracował specyficzne modus operandi sztućcami, wymachując nimi ekspresyjnie niczym prestidigitator przed komórką ustawioną na wprost, rzucając liczbami i nazwami towarów pomiędzy mlaśnięciami i siorbnięciami. Ten spektakl, a aktorem mimicznie jest niezłym, psuje fatalna dykcja, grzęznąca między forsownie spożywanym ryżem, kurczakiem i warzywami. Kiedyś, porwany dynamiką negocjacyjną, zdjął na chwilę telefon z podstawki, aby przestawić się na audio przy uchu, bo połączenie video się rwało. Chwila dekoncentracji i iPhone skąpał się w zupie. Od tej pory nigdy tego błędu nie powtórzył, a ja nauczyłem się kilku soczystych przekleństw w języku naszego wschodniego sąsiada. Klasyczne win-win, case do wykładania na uczelniach. 
 
Wreszcie creme de la crème, niepozorny, melancholijny Kazach, niepobity czempion Wilanowa w technice zbliżania policzka i barku, aby skutecznie zakleszczyć między nimi smartfon. Potrafi, w tak wykrzywionej pozycji (przypominjącej postać Igora, graną przez Marty Feldmana, z „Młodego Frankensteina” Mela Brooksa – przy okazji najszersze urodzinowe z okazji setki – Mel, bez Twoich filmów nie nauczyłbym się uczciwie śmiać!), uwolniwszy ręce do innych czynności, głównie przenoszenia dokumentacji i próbek towarów, funkcjonować godzinami, ciężko pracując na nieuchronną dyskopatię. Jest to postać intrygująca, traktująca kabinę toaletową jako romantyczne refugium, strefę intymnych interesów, szeleszcząc w niej aksamitnym, literackim, pełnym uczuć rosyjskim do osoby jak mniemam mu bliskiej, choć zapewne bardzo geograficznie oddalonej. Bywa, że do słów dołączana jest paleta innych, całkowicie zrozumiałych w takim kontekście odgłosów, wtedy ograniczam czas pobytu obok do najniezbędniejszego fizjologicznego minimum i najdyskretniej z owej zaimprowizowanej świątyni zmysłów wychodzę. Swoją drogą, ów przykład pokazuje jak bardzo, w czasach wymuszających prowadzenie rozmów telefonicznych publicznie, odzierających je z intymności, w czasach triumfu swoistego ekshibicjonizmu przekazu, pragniemy prywatności i kameralności. Wtedy owa defekabina staje się na chwilę starą, poczciwą budką telefoniczną, nierzadko skutecznie odgradzającą od niechcianych uszu. 
 
To portrety tylko kilku, z co najmniej kilkunastu tam czynnych, chorążych postępu, mistrzów wielozadaniowości, zabieganych i zabiegających, zakręconych i kręcących, w wielu uzusach tego słowa, a to wszystko grubo ponad standardowe osiem godzin dziennie. Są najlepsi, niespożyci, zdeterminowani. Pracoholicy ex definitione i sensu stricte. Przychodzą pierwsi, wychodzą ostatni, czasem, jak wspominany przedstawiciel Państwa Środka, w biurze nocując. Nie jest z nimi jeszcze tak źle, jak z obecną premierką Japonii, przyznającą się otwarcie do maksimum trzech godzin snu na dobę, ale, jak to się w kręgach ergomaniaków mawia, sky is the limit. Oby nie hell... 
 
Legendarny klasyk zarządzania, Lee Iacocca, wywaliłby ich wszystkich z pracy, bo u niego ktoś, kto nie potrafił zmieścić się z zadaniami w osiem godzin, wylatywał jako osoba niezorganizowana. Postęp dzisiejszej miary, rozumiany jako całodobowe niemalże zarządzanie kompulsywnie narastającym chaosem, choć po wielekroć ma się wrażenie, iż stwarza się go z premedytacją, aby spróbować nad nim zapanować, przeważnie bez sukcesu, a także jako wykładnicze mnożenie tak zwanych wyzwań, aby ów chaos wzmóc i wydusić z pracownika ostatnie poty, nie dałby długoletniemu prezesowi Chryslera szansy. Nałogowcy biurowego trudu zredukowaliby go w oka mgnieniu jako skamielinę, wstecznika niezdolnego do adaptacji. 
 
Chaos co prawda towarzyszy ludzkości od zarania i, jak podkreślają filozofowie, w walce z nim niejedno dobro wzrosło, ale współcześnie staje się celem samym w sobie, funkcjonując w autonomicznym obiegu zamkniętym, co wyklucza jakąkolwiek pozytywną konotację. Do tak pojętego postępu, sprzężonego bezzwrotnie i beznadziejnie z kulturą ciężkiego zapierdolu dobrze mieć stosunek ambiwalentny, parafrazując myśl wygłoszoną przez pewnego przedwojennego polskiego pułkownika, co powinno brzmieć dziś tak – „Postęp jest rzeczą cenną i pożądaną, ale postęp, jak wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. Nie ma pojęcia postępu za wszelką cenę”. No chyba, że z perspektywy jego niewolników, czcicieli cywilizacyjnej bezalternatywności i dziejowego determinizmu. Marksistów, mimo i wbrew woli.  
 
Lata temu, w 1998 roku, w warszawskim Teatrze Powszechnym, na mojej ulubionej Małej Scenie, miała miejsce premiera angielskiej komedii „Harry i ja” Nigela Williamsa. Ta kameralna sztuka, rozpoczynająca się w rytmie farsy, z zaskakującym eschatologicznym kontrapunktem, z wyrazistymi, mistrzowskimi kreacjami Krystyny Jandy i Janusza Gajosa, opowiadała o ratowaniu upadającego talk-show. Jednak, z dzisiejszej, opisanej wyżej perspektywy, jawi się jako profetyczne studium ciężkiego, beznadziejnego pracoholizmu, pompowanego setkami rozmów telefonicznych wykonywanych przez komórki. Dzwoniono tam cały czas, stojąc i chodząc, jedząc i defekując, siedząc przy biurku, w fotelu i na klozecie, komunikując się bezustannie. Krytyka inscenizację zjechała, bo jawnie kpiła z uzależnienia behawioralnego objawiającego się wewnętrznym, niekontrolowanym przymusem ciągłego wykonywania obowiązków zawodowych, co w czasach budowy dogmatycznego etosu wytężonej pracy po komunistycznym lenistwie i tumiwisizmie było niewybaczalne, ale publiczność wieczór w wieczór ryczała ze śmiechu, traktując rzecz jako kuriozum, bo komu by wtedy przeszło przez myśl, że ogląda aberracyjną antycypację? Zatyrany Harry (Gajos), w nieuchronnej drodze na skróty do miejsca pełnego niezastąpionych, dotknięty amnezją wszystkiego co nieprzydatne w biznesie, zadaje w kluczowej scenie znamienne pytanie. Dziś pewnie nikt by tego nie napisał, autorowi groziłby hejt na granicy cancel culture za seksizm, bo brzmiało to mniej więcej tak, cytuję ze słabnącej pamięci: „Tracy (Janda), jesteś taką fajną dziewczyną, powiedz mi, jak to się stało, że ja cię przez te wszystkie lata nie przeleciałem? Ależ Harry, nie pamiętasz, ty mnie przeleciałeś, dwa lata temu, w Brighton…”. Na widowni wybuchła orgia gargantuicznego rechotu, aktorzy musieli przerwać na kilkanaście sekund, aby dać się publice wyśmiać. Chichotałem radośnie i ja, do rozpuku, ale dziś, po prawie trzydziestu latach, i po tym co widzę na co dzień w owej wymuskanej fabryce, jakoś mi nie do śmiechu…  

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie...