Tomasz Mlącki: Dulscy 2026, czyli nadturyzm

Problem nadturystyki, choć może lepiej, a jakże przy tym semantycznie oraz kontekstualnie smakowiciej, nadturyzmu (spróbujmy spolszczyć niemiłosiernie już wyeksploatowaną angielską kalkę „overtourism”, a nuż się przyjmie), permanentnie, z tendencją zwyżkową w trakcie wysokiego sezonu, zaprząta uwagę opinii publicznej.

Segment podróży indywidualnych zawdzięcza bowiem postpandemiczny, dynamiczny przyrost burzliwemu rozwojowi tak zwanego rynku najmu krótkoterminowego, branży nieposkromionej w ambicjach, nader opornej regulacjom, oferującej produkt znacznie tańszy od klasycznego, hotelowego, lecz przede wszystkim dający przygodnemu klientowi możność nieskrępowanej realizacji doskonalone znanej wszystkim frazy „wolnoć Tomku w swoim (choćby na dni kilka) domku”. Kategoryzowane obiekty noclegowe, mieszczące pod jednym dachem tylko pokoje do wynajęcia, narzucają gościom oczywisty reżim, spisany w postaci regulaminu, zabraniającego hałasowania po godzinie 22, aktów nieobyczajnych i obscenicznych, i w ogóle dość skutecznie socjalizującego przybyszów pod czujnym okiem recepcji i ochrony. Zdarzają się co prawda wyjątki, utkwiły mi szczególnie w pamięci dwa. 
 
W warszawskim Hiltonie, ponad dekadę temu, równolegle z organizowaną przeze mnie konferencją, pewna sieć supermarketów kosmetycznych świętowała otwarcie tysięcznej placówki nad Wisłą. Pewien przylepny osobnik, przedstawiający się uparcie jako dyrektor sprzedaży i rozwoju tejże firmy, poczuł do mnie wylewną sympatię, coraz to intensywniej, z godziny na godzinę, promieniejąc dumą i procentami, ciągle fetując ów niezaprzeczalny komercyjny sukces, znacząco przy tym utrudniając wykonywanie moich rozlicznych obowiązków. Kiedy wreszcie wydobyłem z niego, a raczej w końcu zrozumiałem, jaki numer pokoju stara się wybełkotać, odholowałem zmęczonego triumfatora do windy, a po kilku nieudanych próbach wciśnięcia przezeń prawidłowego guzika, sam to uczyniłem, poczuwszy jakże zwodniczą ulgę. Była czwarta rano, za chwilę miałem pożegnać klienta, dyrektora zarządzającego amerykańskiej spółki wartej grube miliardy dolarów, w drodze na poranny lot za ocean. Facet miał niezaprzeczalną klasę, był rumiany, kosztownie odziany, pachnąc wodą kolońską wartą tyle co nienajgorszy przechodzony samochód. Obdarzył mnie promiennym, znamionującym solidne wyspanie uśmiechem, wzbudzające narastającą zazdrość po trzech bezsennych dobach, nie licząc marnych kilku godzin drzemki, w sumie i w biegu, jak klasyczny Teksańczyk poklepał mocarną dłonią po plecach, podziękował za dobrą robotę, a potem od niechcenia, zniżając głos dorzucił, że tuż przy jego pokoju spokojnie pochrapuje, oparty o ścianę, jakiś człowiek. Traf chciał, że piętro bodajże dwudzieste było tej nocy kondygnacją dyrektorów… Hotel dał pokaz pełnego profesjonalizmu, przysłuchujący się, a może uczciwiej byłoby rzec, podsłuchujący recepcjonista wezwał natychmiast ochroniarza, który ciężkim, ponad stukilogramowym kłusem pobiegł do windy, aby zmęczonego zwycięzcę wnet uprzątnąć. 
 
Przykład drugi jest rodem z Krakowa, żeby usatysfakcjonować obie stolice. Miałem tam okazję stać w Saskim, tuż po otwarciu, towarzysząc moim francuskim klientom w podróży inspekcyjnej. Pokój dostałem zjawiskowy, pięciogwiazdkowy, bez cienia wątpliwości. Dzień był intensywny, podróżowaliśmy z Gdańska przez Warszawę, kolacja długa, bo przecież goście znad Sekwany celebrują każdy kęs w trójnasób, wydobywając z wieczornego posiłku aspekt kulturowo-towarzyski w stu dziesięciu procentach, znakomita zresztą, więc do hotelu wróciliśmy przed północą, mając przed sobą ledwie pięć – sześć godzin snu, zanim wyjedziemy do Zakopanego. Wszedłem do pokoju, z ulgą utonąłem w śnieżnobiałej, aksamitnej pościeli, zamknąłem oczy i… nagle dobiegł mnie dźwięk z impetem otwieranych drzwi do sąsiedniego numeru, przetykany dramatycznie tubalnymi, podawanymi w języku Szekspira (ach te inspirujące „Sonety”), wyznaniami o ogromnej, dozgonnej miłości, z odgłosami gwałtownie zdzieranej obustronnie odzieży w tle. Kondensacja żądz przywoływała na myśl co najmniej dwie opcje. Albo miałem do czynienia z dopiero wypuszczonym, po co najmniej dziesięcioletniej odsiadce, i jakże wyposzczonym, penitentem zakładu karnego, bądź też jakiś długoterminowy celibatariusz z własnej, albo i nie, woli doszedł do wniosku, że życiowa filozofia mu się jednak nie sprawdza, więc zapragnął natychmiastowej odmiany. Mniejsza o motywacje, kolejne godziny były perfekcyjnie wykonywaną partyturą kompulsywnej symfonii kopulacyjnej, nakreślonej w szaleńczym allegro, vivace, presto i prestissimo, bez żadnych zwolnień tempa, emanującej odgłosami z takim znawstwem rzeczy opisanymi choćby przez wesołego mnicha-humanistę Franciszka Rabelaisa w „Gargantui i Pantagruelu”. Próbowałem przeciwdziałać, dzwoniąc protestacyjnie na recepcję, co powodowało telefony z dołu, z początku gniewnie odbierane, potem już tylko ignorowane, podobnie jak delikatne pukanie do drzwi obsługi, postawionej przed nierozwiązywalnym dylematem zaspokojenia fundamentalnie sprzecznych życzeń gości. Wyjąc w duchu z niewyspania, naprędce trawestowałem w myśli dość adekwatną frazę z Hamleta: „Niech ryczy z bólu senny ktoś, zwierz w łożu promienieje, Ktoś nie śpi, aby rżnąć mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje”. Zasnąłem po czwartej, na pół godziny, już nigdy potem dźwięk budzika nie zdał mi się tak nienawistny.      
 
Jakby nie spojrzeć, w hotelach jest drożej i zdecydowanie mniej tam wolno, a w tak zwanych apartamentach, pomieszczonych w budynkach, gdzie obok rozpasanych patoturystów mają nieszczęście żyć normalni, pracujący od wczesnych godzin rannych, wychowujący dzieci ludzie – hulaj dusza, piekła nie ma, podobnie jaki i policji, która w szczycie sezonu nie nadąża z interwencjami na rzecz zrozpaczonych sąsiadów. Opisywane obficie w infosferze przypadki mrożą krew w żyłach. A to ktoś w przestrzeni wspólnej poleguje w treści własnego żołądka, a to nie mogąc w stanie upojenia wbić właściwego kodu wejściowego, w furii wali w panel, niszcząc go przy akompaniamencie wrzaskliwych przekleństw, a to nie trafiwszy na czas kluczem do dziurki, zamienia korytarz w urynał. Ludzie mieszkający pod wynajmowanymi krótkoterminowo lokalami opisują wyrafinowane nocne katusze, kiedy to pijani turyści ściągając spodnie rozsypują bilon i komórki po podłodze, co daje dźwięk o gigantycznej przenikliwości, skutkujący natychmiastową pobudką, po której usnąć nie sposób, bowiem nad głową zaczynają się alkoholowe dożynki, trwające do rana. Długo by wymieniać. Ktoś powie, że to margines, że prawie wszyscy są inni. Może to i prawda, ale owo „prawie” czyni krzyczącą, nomen omen, różnicę.   
 
Nie jest to tylko nasza bolączka. Patologizacja tej branży jest gwałtownie nabrzmiewającym problemem w całej Unii Europejskiej, w której państwa-członkowie aktywnie starają się jej przeciwdziałać, biorąc w obronę lokalnych przed przyjezdnymi. Dość rygorystyczne przepisy, przywracające zachwianą równowagę między potrzebami turystów i mieszkańców, przeciwdziałające gentryfikacji i przekształcaniu centrów zabytkowych miast w fasadowe skanseny, swoiste getta przemysłu turystycznego, dające lokalnym społecznościom i wspólnotom znaczący głos w tej sprawie, uchwalono między innymi w Paryżu, Wiedniu, Amsterdamie i Barcelonie. W tym samym kierunku poszły rządy Belgii, Chorwacji, Danii, Grecji, Słowenii, Niemiec i Szwecji. Polskie Ministerstwo Sportu, wywołane przez Brukselę do tablicy, ospale ogłosiło, po długotrwałych konsultacjach, projekt ustawy, który wywołał burzę, bowiem w zaproponowanej wersji jest dokumentem bezzębnym, zachowującym status quo ante, dającym przewagę prawu własności i nieograniczaniu potrzeb inwestorów, nie dopuszczającym w stopniu równoprawnym najbardziej zainteresowanych, czyli wspólnot i spółdzielni, do decyzyjnej sprawczości, idąc tym samym w kontrze do europejskich tendencji. W rządzie zresztą jest w tej sprawie rozdźwięk, zwycięska frakcja, nazwijmy ją neoliberalną, składająca się z KO i PSL, przepchnęła wbrew koalicjantom, czyli Polsce 2050 i Lewicy, jak to wyraziła niedoszła pani wicepremier z pierwszej z tych sił, projekt będący „najgorszą ustawą, jaka wyszła z rządu”, napisany pod naciskiem lobby inwestorów rynku nieruchomości, niedający ludziom „prawa do decydowania, czy mają hotel/burdel za ścianą”. To ostra wypowiedź, drastycznie uwypuklająca jednak istotę problemu. 
 
Rzecz idzie bowiem o znacznie więcej niż ekonomię i biznes, dotykając istoty wolności. Truizmem, wartym jednak ciągłego przypominania, bowiem homo sapiens, z uporem godnym lepszej sprawy cierpi na amnezję zaprzeczającą doświadczeniu tysięcy lat cywilizacji gatunku, jest stwierdzenie, że wolność jednych ogranicza wolność pozostałych, sytuując wszelkie społeczności, duże i małe, w ciągłym, dialektycznym klinczu. Tak się jakoś dziwnie składa, że w toku dziejów począwszy od satrapii, poprzez monarchie wszelkiej maści, oświecone republiki i demokracje, wolność elit finansowych i politycznych ma po wielekroć większą wagę niż wolność szarego ludu, bądź jak to precyzyjnie spuentował jeden z najwybitniejszych myślicieli 20. wieku, Isaiah Berlin – „wolność dla wilków często oznacza śmierć dla owiec”. Jeśli dodamy do tego niechętnie przywoływany, bowiem zaprzecza prostej interpretacji spuścizny guru neoliberałów – Adama Smitha, cytat z jego fundamentalnej rozprawy: „Badania and naturą i przyczynami bogactwa narodów”, sprawa staje się klarowniejsza. 
 
Dajmy zatem przemówić pra-liberałowi, w kontekście wspomnianego, jakże skutecznego lobbingu. „Jednakże interes przedsiębiorców każdej poszczególnej gałęzi handlu czy przemysłu jest zawsze pod pewnym względem różny od interesu publicznego, a nawet mu przeciwny (…) Propozycja jakiegoś nowego prawa czy przepisu regulującego handel, która pochodzi od tej klasy, powinna się zawsze spotkać z najwyższą ostrożnością i nie powinna być nigdy przyjęta, zanim nie zostanie wszechstronnie i dokładnie zbadana, nie tylko z największą skrupulatnością, lecz z najbardziej podejrzliwą uwagą. Pochodzi ona bowiem od klasy (…), która jest zainteresowana w tym, aby oszukiwać, a nawet ciemiężyć społeczeństwo”. Cóż, zasady, jak widać, są dla słabych i bezsilnych, a nie dla potężnych, którzy je stworzyli. Trudno doprawdy uwierzyć, że Polski nie stać na projekt zrównoważony, harmonizujący godność oraz interesy obu stron konfliktu, idący zdecydowanie w kierunku kultury kompromisu. Ogarnijcie się, panie i panowie nami rządzący, bowiem taka ustawa to klasyczny polityczny samobój, pompujący ceny mieszkań, wkurzający wielkomiejski elektorat, ergo wymarzony prezent dla populistycznej opozycji w przededniu miejskich referendów prezydenckich i niedalekich wyborów parlamentarnych. Powiedzmy to wprost, wynajem krótkoterminowy to świetny finansowy wehikuł na osiąganie zysków z działalności hotelarskiej, przy jednoczesnym unikaniu kosztów zbudowania i prowadzenia klasycznego takiego obiektu. Idealna metoda na prywatyzację zysków przy uspołecznieniu strat. Podręcznikowe marzenie przedsiębiorcy. Perpetuum mobile niemalże.        
 
Na marginesie powyższego, jesteśmy w naszych nowych, wspaniałych czasach świadkami ciekawego procesu paradoksalnej demokratyzacji zjawiska, określanego niegdyś jako kamienicznictwo, czyli za czasów Dulskiej, successful business women, bądź partacza Łęckiego (dubletowa „Lalka” tuż, tuż), wynajmowania mieszkań w formie zwartej, ograniczonej do jednego lub kilku budynków, będących kompletną własnością, jak byśmy to dziś ujęli, przedsiębiorców branży wynajmu nieruchomości. Niewzruszalnym paradygmatem takiej działalności był fakt zamieszkiwania kamienicznika we własnej kamienicy. Dziś mamy do czynienia z kamienicznictwem rozproszonym, czyli kupnem pojedynczych mieszkań na wynajem, najczęściej krótkotrwały, w różnych, niebędących całkowitą własnością inwestującego, lokalizacjach. Dulscy 2026 korzystają więc z luksusu zdalności, zarządzając swoim rozsianym imperium wirtualnie, nie musząc tedy znosić niedogodności mieszkania z wyjmującymi pod jednym dachem, co dawniej skutecznie stopowało wymienione powyżej ekscesy. Dulszczyzna, w toku rozlicznych reinterpretacji, dekonstrukcji i redefinicji, przestała być stygmatem i wstydem. W wielu inscenizacjach, począwszy od kanonicznego już wystawienia Agnieszki Glińskiej w warszawskim Teatrze Współczesnym, Aniela D. jest przedstawiana jako ciężko pracująca kobieta, uginająca się pod ciężarem utrzymywania nierobów i utracjuszy. Częściej składa się jej hołd niż stawia pod pręgierzem. Intryguje mnie, kiedy oglądam kolejne wystawienia, co by na taką dezynwolturę w traktowaniu postaci rzekła Gabriela Zapolska, ale brak tu miejsca na takie rozważania, zatem zmierzajmy do brzegu. Tak sobie nieśmiało wykoncypowałem, że w owej ustawie można byłoby wprowadzić prawny obowiązek zamieszkiwania przedsiębiorcy rozproszonego, choćby przez kilka tygodni w roku, w miejscu wynajmu. Byt kształtuje świadomość jako rzecze klasyk, a tego doświadczenia nigdy dosyć...

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie...