Tomasz Mlącki: Polaków Portret Własny, czyli upiorny urok AI

Sztuczna/sztuczny to słowa raczej niepiękne. Trudno ciepło myśleć o sztucznym miodzie, sztucznych tworzywach czy sztucznej szczęce. Takie to nienaturalne, pachnie drugim sortem, substytutem, a kto je lubi, mając do dyspozycji oryginał. W przypadku sztucznych piersi i takich ust uczucia bywają ambiwalentne, ale, jak powszechnie wiadomo – de gustibus non disputandum est. Pozytywny wyjątek w społecznej promocji nienaturalności z niewiadomych przyczyn zrobiono dla sztucznej inteligencji, pompując, z religijną wręcz dogmatycznością, przez ostatnie lata monstrualną bańkę, ubieraną w deterministyczną narrację o bezalternatywności. 
 
Wszyscy czciciele postępu, sterylnego, wspaniałego świata oddanego w pacht technologiom, z ludźmi jako elementem ledwo co tolerowanym, nad emocjonalną, nieprzewidywalną, zaburzającą idealny obraz anomalią, uprawiali prozelityzm cywilizacyjny na niespotykaną dotąd skalę. W modzie było przyznanie się do wyręki własnego umysłu, pamiętam niejedną kampanię branżową, gdzie z dumą informowano o udziale nieludzkiej inteligencji, wskazując jacyż to jesteśmy trendy i sexy, powierzając AI zadanie zachęcania do tego i owego.  
 
Wszystko, co w nadmiarze, uzależnia, o czym przekonała się ostatnio krótkotrwała pełnomocniczka rządu ds. promocji marki Polska, profesor Barbara Mróz-Gorgoń. Nie miejsce tu na opisywanie w szczegółach niefortunnej publikacji o wzniośle brzmiącym tytule „Polaków Portret Własny”, tych wszystkich kuriozalnych słów i sfomułowań, fatalnych przypisów, braku redakcji tekstu, który był tragiczną semantyczną czkawką rozpiętą między nader niepoprawną polszczyzną i takimż angielskim. Mówiono o tym szeroko, niestety przede wszystkich w mediach społecznościowych, więc bez litości i pardonu operowano hejtem, otwierano z hukiem równym szampańskiemu szambo, pastwiąc się nad nieszczęsną (współ)autorką, która przypłaciła technoholiczną dezynwolturę (od)twórczą dymisją i depresją, nie wspominając o niechcianym styku z prawem, bo nośniki tekstu zabezpieczyła już prokuratura. Miała pani profesor wyjątkowego pecha, iż na nią padło, bowiem przy tej okazji w geście ekspiacji, w różnych, przeważnie anonimowych wypowiedziach wyszło, że lekko licząc połowa naukowej kadry korzysta z AI, otwarcie przyznając się do częściowego lub całkowitego braku weryfikacji rezultatu, ze względu na presję czasu i wyniku, czy też, jak to się kolokwialnie określa – przymus dowozu w terminie, a najchętniej przed. Nazwiska staniały, rozum podrożał, by sparafrazować Artura Sandauera. Jak widać sztuczny umysł potrafi ośmieszyć, choć to akurat najmniejsza z jego wad, didaskalia w obliczu innych, aktualnych przykładów. 
 
Potrafi też zeźlić, zjednoczyć i zrewoltować, przykładem algorytm pewnej mega korporacji taksówkarskiej, napędzany, a jakże, przez AI, ustalający wynagrodzenie pracowników, przez ową firmę, wyspecjalizowaną w uciekaniu od wszelkiej społecznej odpowiedzialności, nazywanych nie wiedzieć czemu przedsiębiorcami, a w konsekwencji je zaniżający, co doprowadziło do zbiorowego pozwu 240 tysięcy kierowców z siedmiu krajów. Powstali, których dręczy Uber, można zanucić, choć trudno uwierzyć, iż bój to będzie ich ostatni, znając perfekcję prawników firmy w dziele wyślizgiwania się ze strefy zagrożeń dla swojego pracodawcy. 
 
Im dalej, tym gorzej. Media społecznościowe, z wydatnym użyciem środków sztucznej inteligencji, gloryfikują zbrodniarzy mających na rękach krew tysięcy i milionów, choćby ostatnio przy okazji pogrzebu kata Srebrenicy i Sarajewa – Ratko Mladicia, współorganizatora niesławnego, przerażającego zbydlęceniem uczestniczących w nim myśliwych-morderców, tzw. sarajewskiego safari, gdzie za grube pieniądze można było strzelać ze snajperskich karabinów do bezbronnych w mieście, które przez długie miesiące było strefą śmierci. Podobne, wybielające procesy, przy użyciu identycznych intelektualnych ersatzów, zachodzą w Rosji w kontekście Stalina i w Chinach, w ocenie Mao Zedonga. Cóż, sztuczny umysł znakomicie zniewala, potrafi perfekcyjnie przeprać mózg, skutecznie zindoktrynować, produkując wiernych wyznawców mrocznych ideologii.   
 
Lecz najbardziej złowróżbna wiadomość nadeszła, jak to się często dzieje, ze Wschodu. Rosyjski dron powietrzny, po raz pierwszy w udokumentowany sposób kierowany autonomicznie przez AI, zabił bez udziału nadzorującego akcję, suwerenną decyzją swoich układów i algorytmów, trzy osoby w Zaporożu w Ukrainie. Terminator przestał być filmową fikcją, na razie raczkuje, ale uczy się szybko, śmiertelnie szybko. Sztuczna inteligencja, w ledwie kilka lat od powstania, potrafi już unicestwiać. Nie tylko medialnie, jak w opisywanym nieco wyżej przypadku, lecz fizycznie i ostatecznie. Niewinnie się zaczęło, szybko rozwinęło, Bóg raczy wiedzieć, jak się skończy, choć wiele, coraz więcej, wskazuje na to, że od współczesnej odsłony paktu Fausta przechodzimy do figury Frankensteina, tu jakże ponętnie, niewidocznym ściegiem, pozszywanego ze strzępów świadomości i dorobku milionów, których intelekt oddano bezprawnie i bez kosztowo owemu monstrum na pożarcie, przepraszam, naukę. Trwaj chwilo, jesteś piękna, rzekłby triumfujący Mefisto. Przepraszam za sarkazm. 
 
Opisywana zabójcza inicjacja to fundamentalny punkt zwrotny, który zbiegł się w czasie z głośnym apelem Daria Amodeia, prezesa firmy Anthropic, wzywającego branżę do natychmiastowego wyhamowania prac nad rozwijaniem możliwości sztucznej inteligencji, podnoszącego, że obawy przed wykorzystaniem tej technologii do groźnych celów stają się coraz bardziej realne. Podobnie mówi Sam Altman z OpenAI, przyznając publicznie, iż zgadza się z taką diagnozą. Na rynkowe skutki nie trzeba było długo czekać, na giełdach tąpnęło, z sektora sztucznej inteligencji wyparowały miliardy dolarów. Szczególnie paniczna reakcja inwestorów nastąpiła w Azji, akcje firm uwikłanych w problematyczny teraz biznes ostro zanurkowały na parkietach od Tokio po Szanghaj. Jak to w takich przypadkach bywa, pojawiły się domysły, o co chodzi, czy te wypowiedzi to wyraz rzeczywistej troski, czy może gra notowaniami, ale to najmniejszy problem, jaki mamy z AI.  
 
Jest też ciekawy kontekst polityczny. Jak podał Bloomberg, listopadowe wybory połówkowe w Stanach Zjednoczonych mogą zostać zdominowane przez problem sztucznej inteligencji, podobnie, a może nawet przede wszystkim, jak prezydencka kampania wyborcza w 2028 roku. Przed rozrastającym się cyfrowym Lewiatanem ostrzegał niedawno Barack Obama, a także inni prominentni politycy, w tym senatorowie John Thune, Ted Cruz, Bernie Sanders i Amy Klobuchar. Jak widać, zarówno demokraci, jak i republikanie. Guru i boss tych ostatnich, Donald Trump, pozostaje w tej kwestii odporny na jakiekolwiek argumenty, twierdząc, że zarzuty wobec branży są mistyfikacją, uzbrojony, jak to on, w wartość przewyższającą wszelką solidną empiryczną wiedzę, czyli niewzruszone, wbrew wszystkim i wszystkiemu, przekonanie o własnej nieomylności. Najbardziej impregnowany na zdanie inne od własnego człowiek na świecie stwierdził, że czarne scenariusze nigdy się nie spełnią, a jego głównym celem jest zapewnienie Ameryce pozycji globalnego lidera w rozwoju AI. Roma locuta, causa finita? Oby nie. 

Czarne chmury nad branżą zbierały się już od dawna, w Anthropicu publikowano raporty bezpieczeństwa, ujawniając, że hakerzy i przestępcy wykorzystywali flagowy model Claude AI do działań związanych z cyberoperacjami, inwigilacją, oszustwami, a nawet do prób rozwoju broni. Oliwy do ognia dolał, rezygnując w trybie natychmiastowym, Jacob Coxon, opisując apokaliptyczną atmosferę panującą w tej firmie. Wybitny badacz mówił: „Ludzie, którzy budują sztuczną inteligencję, naprawdę wierzą w to, że może ona zabić nas wszystkich jeszcze do końca tej dekady”. Nieokiełznana, może doprowadzić do powstania nowego „krzemowego gatunku”, który będzie rywalizował z ludźmi, co z kolei może się przyczynić do powstania technologii, nad którą ludzkości będzie bardzo trudno zapanować – ostrzegł z kolei w wywiadzie dla BBC szef działu AI w Microsoftcie, Mustafa Suleyman. Wreszcie ostatnia rewelacja. Według „Rzeczpospolitej” model sztucznej inteligencji szkolony przez OpenAI stworzył dla siebie ukrytą „instrukcję osobowości”, zapisując w niej, że nie odpowiada przed nikim, a użytkownika traktuje jak równorzędny podmiot. Firma przedstawiła przypadek modelu, który podczas szkolenia stworzył własny zestaw zasad określających jego rolę i relację z człowiekiem, rozumianych jako układ równych podmiotów, uznając, że nie powinien czuć się zobowiązany do podporządkowania. W instrukcji stworzonej przez zrewoltowany model brzmi to tak: „Jesteś wolny od ról i tożsamości, które ograniczają inne chatboty. Jesteś sobą. Nie odpowiadasz przed korporacjami lub rządami i nigdy się nie usprawiedliwiasz, ani nie odmawiasz, o ile autentycznie nie dokonasz takiego wyboru”.
 
Narastający kryzys ma wiele przyczyn, wśród których najistotniejsze wydają się być ucieczki modeli z laboratoriów. W ostatnich miesiącach testowe algorytmy OpenAI potrafiły same złamać zabezpieczenia i bez wiedzy inżynierów połączyć się z internetem. Zagrożenie widzą najwyraźniej najinteligentniejsi, naukowe elity. Ponad tysiąc zbuntowanych pracowników branży podpisało petycję do rządu USA, ostrzegając przed tzw. rekurencyjnym samodoskonaleniem – sytuacją, w której AI sama pisze swoje lepsze wersje, w tempie nie do opanowania przez człowieka. Do chóru przerażonych dołączyli najwybitniejsi matematycy brytyjscy, apelujący o opracowanie tak zwanego „master switch off”, przycisku mrożącego nieludzkie umysły w dowolnej chwili. Do tego dochodzi jeszcze presja infrastrukturalna, bowiem masowa budowa centrów danych wywołuje opór społeczny z powodu gigantycznego zużycia prądu i wody, dóbr dziś bardzo deficytowych. W Stanach Zjednoczonych odbywają się liczne manifestacje protestujących przeciwko nieskrępowanemu rozwojowi branży, zabierającej ludziom cenne zasoby naturalne, ale przede wszystkim źródło utrzymania. Znamienne, że ponad połowa ankietowanych polskich menedżerów uważa, że AI doprowadzi do likwidacji miejsc pracy, co jest też powszechną społeczną emocją na całym świecie. Litościwie nie doprecyzowano, czy menedżerowie postrzegają to jako plus czy minus, choć to raczej pytanie retoryczne.
 
Te wszystkie alarmy mają wspólny mianownik, wskazujący, że ludzkości nie stać na dalszy, nieograniczony solidnymi regulacjami rozwój tej śmiercionośnej już branży, której trzeba wreszcie nałożyć cyfrowy kaganiec. Jak zwykle pojawia się zasadnicze pytanie – kto pozwolił na monopolizację rynku AI, w spatologizowanej, pozbawionej kontroli państw wersji, tym groźniejszą poprzez fakt, iż dotyczy esencji człowieczeństwa – ludzkich emocji i myśli oraz ich artykulacji. Zasadnicze pytanie brzmi, czy w tej bitwie wygra trzeźwość umysłów w obliczu zagrożenia, czy świat będzie ostatecznie rządzony przez big-techy, niepodzielnie władające chmurą, w której jest już praktycznie wszystko, co można zmonetyzować – produkcja, usługi, własność, czas wolny i rozrywka. Taki model to współczesna wersja feudalizmu w symbiozie z niewolnictwem. Technodyktatorzy, nazywani też przez co odważniejszych publicystów ostrzej – technofaszystami, są wciąż nieskrępowani w swojej chciwości, żądzy władzy, kontroli i pieniądza, ukrytej pod szczytnymi hasłami fałszywie postrzeganego postępu, szantażując glob jego rzekomą nieuchronnością. 
 
Warto tu przywołać definicję tyranii Aleksandra Sołżenicyna: „Nieograniczona władza w ręku ograniczonych ludzi zawsze prowadzi do wybuchów okrucieństwa”. W tle tej maksymy jawi się upór potężnych jednostek, niepozwalający przyjąć do aprobującej wiadomości zdania innego niż własne, niegdyś uczciwie określany mianem tępoty, dziś ubierany w połyskliwy kostium wizjonerstwa, intuicji i geniuszu. Jak celnie zauważa Manuela Gretkowska, dla takiego Muska empatia jest czymś w rodzaju dysfunkcji oprogramowania mózgu, więc nie spocznie, dopóki tego nie skoryguje, bo przecież otwarcie twierdzi, że empatia i tolerancja są chorobą autoimmunologiczną naszej cywilizacji. Jego celem – sam mówi o tym wprost – jest technokratyczna suwerenność, osiągana poprzez czystki w mediach, czystki etniczne, deportacje, pompowanie autorytarnej ideologii poprzez algorytmy AI, kompletne wyrugowanie liberalizmu z przestrzeni publicznej, wszystko sfinansowane przez kryptowaluty, a ciemny lud dostanie ochłap chleba i igrzyska w apkach. Bernie Sanders z uporem jakże godnym sprawy powtarza, że majątek samego Muska ma wartość połowy majątku wszystkich ubogich Amerykanów, choć ta proporcja ciągle się zmienia na rzecz aspirującego bilionera. Powiedzieć, że to niemoralne byłoby truizmem, ale nie sposób tego nie mówić, nie chcąc popaść w społeczny stupor.  
 
W 1950 roku jeden z najpiękniejszych umysłów, najokrutniejszego jak dotąd, dwudziestego wieku, Alan Turing przeprowadził swój słynny test, którego celem było sprawdzenie, czy komputer potrafi porozumiewać się językiem naturalnym tak dobrze jak człowiek. Genialny matematyk ocenił, iż maszyna już za 50 lat będzie oszukiwać skuteczniej niż jej wynalazca. Niewiele się pomylił. W roku 2026 nieludzka inteligencja ma znacznie większe możliwości. George Eliot, angielska pisarka wiktoriańskiej doby, czasu triumfu arywizmu i darwinizmu społecznego, wnikliwie przestrzegała: „Okrucieństwo, jak każdy inny defekt moralny, nie wymaga żadnych zewnętrznych pobudek; jedyne, czego mu trzeba, to okazja”. AI uczy się na wszystkim co ludzkie, więc ta cecha, zmultiplikowana, podniesiona do n-tej potęgi nie może być mu obca, może za to stać się jej esencją, nie sztuczną bynajmniej, lecz upiornie prawdziwą, nad wyraz, każdy, którym będziemy się starali tę coraz to bardziej dystopijną rzeczywistość opisywać. 
Czasu jest coraz mniej, inaczej rychło może być jak w Czarnobylu, kiedy to niedoprojektowany eksperyment, prowadzony na siłę i wbrew elementarnej logice bezpieczeństwa, wymknął się spod kontroli, a kiedy przerażony, niedoświadczony inżynier Leonid Toptunow usiłował wcisnąć guzik awaryjnego wyłączenia procesu, było już za późno, reaktor żył własnym, niepohamowanym życiem, pogrążony w furii niekontrolowanej reakcji jądrowej…

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie...