Na Depresji Danakilskiej śpi się na pryczach. Po prostu. Na splecionych łóżkach, takich, na jakich śpią Afarowie, lokalna ludność. Dostajemy materac i prześcieradło. Prześcieradło to już luksus. Dodatkowo koc, na wszelki wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy zmarznąć...
Nikt nie marznie, temperatura w nocy sięga 37 stopni C. Koc pełni więc funkcję poduszki. Śpimy w rzędach po pięć osób, głowami do siebie. Po całym dniu jesteśmy tak zmęczone, że zasypiamy natychmiast. W środku nocy zrywa się wiatr. Budzą nas latające plastikowe butelki. Ula podnosi głowę i mówi: „No całego świata nie posprzątamy.” I idziemy dalej spać. Jeszcze tylko wychodzę na chwilę spod prześcieradła i patrzę w niebo. Gwiazdy są tak wyraźne, jak chyba nigdy wcześniej i nigdzie indziej. Zasypiam. Mam dziwne sny. O piątej rano budzi nas Jonas, nasz przewodnik. Zbieramy się sprawnie, prawie bez słów. W piętnaście minut składamy prześcieradła, myjemy zęby i jesteśmy gotowe. Toalety nie ma. Kranów nie ma. Łazienki nie ma. Właściwie nie ma tu niczego poza nami, samochodami, pustynią i wioską, której surowe domy wyglądają, jakby ktoś przeniósł je prosto z planu „Mad Maxa”.
Suniemy samochodami terenowymi po wielkim polu solnym. „Jazda” to zresztą bardzo umowne określenie. Po jednej stronie pustka. Po drugiej pustka. Pod nami sól. Przed nami sól. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim, nasze odbicia w płytkiej tafli wody. Zatrzymujemy się jeszcze przed wschodem słońca. Wysiadamy i już tylko w japonkach idziemy w stronę wody. Najpierw ostrożnie. Potem zaczynamy chlupać. Kryształki soli przyklejają się do stóp. I wtedy wychodzi ono. Słońce. Czerwona kula. Powoli, bez pośpiechu. Jest tak absurdalnie piękne, że przez chwilę nikt nic nie mówi. Absolutnie MindBlowing. Oczywiście robimy obowiązkową sesję zdjęciową. Jesteśmy zaczarowane. Wracamy do samochodów. A tam, pośrodku kompletnego niczego, czeka na nas stół. Nakryty jedzeniem i etiopskimi przysmaki. I oczywiście kawa. Czarna, gęsta, mocna. Wszystko tutaj wydaje się nierealne.
Dzień wcześniej, jadąc tutaj, złapaliśmy gumę. A druga opona po prostu pękła. Droga nie jest łatwa. Momentami trudno nawet nazwać ją drogą. Samochód podskakuje, trzęsie nami niemiłosiernie, a kierowcy żartują, że to „etiopski masaż”. Na początku podróży pytamy Jonasa: „Ile będziemy jechać?”. Wzrusza ramionami: „Siedem do dziewięciu godzin”. W zależności od drogi. I od tego, czy będą niespodzianki. Były. Ale tutaj wszystko działa trochę inaczej. Czas nie jest szczególnie ważny. Komfort również. Liczy się to, żeby dojechać.
Po słonym jeziorze suniemy dalej. Nie można powiedzieć, że jedziemy po solnisku. To byłoby zbyt proste. Jedziemy po ogromnej, białej przestrzeni. Po horyzont nie widać nikogo. Dosłownie nikogo. Jesteśmy tylko my i ta niewiarygodna przestrzeń. Mam wrażenie, że ktoś zabrał nas z Ziemi i postawił na innej planecie. A potem przyjeżdżamy do Dallol. I Mars przestaje być metaforą. Temperatura przekracza 45 stopni, słońce pali bez litości, a miejsce leży około 120 metrów poniżej poziomu morza. Dallol to niezwykły obszar hydrotermalny, pełen gorących, kwaśnych i ekstremalnie zasolonych źródeł oraz mineralnych formacji.
Kolory są niemal nienaturalne. Jaskrawy żółty, zielony, pomarańczowy, czerwony, biały. Siarka, sole, minerały, tlenki żelaza. Wygląda jak scenografia filmu science fiction. Tyle że tutaj nie ma scenografii. Nie ma ścieżek, nie ma barierek, nie ma tabliczek: „Uwaga, bardzo gorące”. Idziemy powoli za naszym przewodnikiem i bardzo uważnie stawiamy stopy. Bo tutaj zły krok naprawdę może oznaczać problem. Dziewczyny śmieją się, że tak wygląda piekło. Ja uważam, że jeśli piekło wygląda właśnie tak, to chyba jestem gotowa zaryzykować. Bo jest tu po prostu pięknie.
Tej nocy śpimy około dziesięciu minut spacerem od krateru Erta Ale. Nasze namioty stoją na polu lawy, a dookoła kompletna ciemność. Nad nami księżyc świeci jak oszalały. Przed wschodem słońca ruszamy w stronę krateru. Wulkan jest aktywny, teren surowy, a pod stopami miejscami kruszy się zastygła lawa. Erta Ale pozostaje jednym z najbardziej aktywnych wulkanów, jego aktywność w ostatnich latach była zmienna, a w 2025 roku doszło tam do istotnych zmian i erupcji. Idziemy powoli. Wulkan dymi, nie widać dna. Słychać tylko jego odgłosy. Jakby coś szeptał, jakby opowiadał swoją historię, a może ostrzegał. Przez lata Erta Ale był jednym z tych niezwykłych miejsc na świecie, gdzie można było zobaczyć aktywne jezioro lawy, czerwone, pulsujące wnętrze ziemi. Dziś krater wygląda inaczej, a wulkan nieustannie przypomina, że tutaj to natura decyduje, co zobaczymy. I chyba właśnie dlatego ten widok zostaje w głowie.
Te trzy dni nie są łatwe. Ekstremalne temperatury męczą. Brak infrastruktury. Brak wody. Brak łazienki. Brak zasięgu. Długie godziny w samochodzie, twarz pokryta kurzem, stopy solą. A jednak warto tu przyjechać. Bo takich miejsc jest coraz mniej. Miejsc, w których nie ma hotelu z basenem, baru z widokiem i gotowego punktu do oznaczenia na Instagramie. Tutaj nie ma właściwie nic. I właśnie chyba dlatego jest wszystko. Przestrzeń. Cisza. Gwiazdy. Pustynia. I poczucie, że przez chwilę jesteśmy naprawdę gdzieś daleko. Turystów jest niewielu. Nie ma tu poczucia „atrakcji turystycznej”. Jest raczej poczucie uczestniczenia w czymś, czego nie da się do końca opisać. I chyba dlatego po tych trzech dniach jedna z dziewczyn powiedziała: „Raz. I wystarczy”. A ja? Nie wiem.
Bo Danakil jest dokładnie takim miejscem, po którym człowiek wraca do cywilizacji, bierze prysznic, włącza klimatyzację… i zaczyna tęsknić za miejscem, w którym nie było ani jednego kranu. Może właśnie na tym polega problem z podróżowaniem. Jedziesz zobaczyć piekło. Wracasz z niego z najpiękniejszymi zdjęciami. I jeszcze przez chwilę zastanawiasz się, kiedy można tam wrócić.
P.S. Etiopia ma za sobą wojnę w Tigrayu (2020–2022), a dziś znów mierzy się z niepokojami i napięciami. Mam ogromną nadzieję, że ten niezwykły, piękny kraj w końcu doczeka się trwałego pokoju. Żeby można było przyjeżdżać tu tylko po przygodę, zachwyt i kawę.
P.P.S. Wspieram inicjatywę Marcina Mellera i Fundacji MeBeata, która buduje szkołę w Maigua w Tigraju. Jeśli chcecie dorzucić swoją cegiełkę, wesprzyjcie tę akcję. Każda wpłata to nie tylko kawałek szkoły, ale kawałek przyszłości tych dzieci. https://zrzutka.pl/gpkvfz
Autorka: Agata Kondracka, współzałożycielka i współwłaścicielka agencji MindBlowing
Cykl felietonów: Global Nation czyli historie globalne
Agata Kondracka współwłaścicielka agencji MindBlowing w swojej pracy stara się łączyć wartościowe spotkania, przede wszystkim te z kategorii incentive travel, sztukę i zrównoważony sposób prowadzenia biznesu, ze szczególnym naciskiem na dbałość o środowisko i zero waste. I tych aspektów będą dotyczyć głównie jej komentarze.
Global Nation by Agata Kondracka w pierwszy poniedziałek kazdego miesiąca