Michael O’Leary nierzadko bywa bezpośredni, często na granicy bezczelności, czasem jest groteskowy – choćby proponując płatne toalety w swoich maszynach, ale nie sposób nie przyznać mu racji w kwestiach, elegancko mówiąc, oszczędności operacyjnej. Naczelny Scrooge Awiacji wieszczy, że w przyszłym roku ceny biletów lotniczych w Europie horrendalnie wzrosną, najdotkliwiej w historii transportu powietrznego. Z powodu wyższych kosztów paliwa lotniczego oraz ograniczonej podaży miejsc w samolotach mogą podrożeć nawet o 10-20 procent, obwieścił podczas konferencji prasowej w Brukseli. O ile linie lotnicze są jeszcze zabezpieczone przed skutkami tych podwyżek w bieżącym roku, to od przyszłego portfele naftowych zaskórniaków zaświecą pustkami. Sam Ryanair, jak przyznał charyzmatyczny inicjator ery taniego latania, zabezpieczył na przyszły rok zaledwie 15 procent swojego zapotrzebowania na paliwo po cenie 85 dolarów za baryłkę, podczas gdy obecna jest już dwukrotnie wyższa. Nieuchronne w każdym kryzysie bankructwa i fuzje w branży zapewne znacząco ograniczą sieć dostępnych połączeń lotniczych. Linie już tną zimowe rozkłady na potęgę, komasując rejsy, żeby związać koniec z końcem, coraz to odleglejsze. Tanio już było, well farewell… Dla szeroko rozumianej turystyki, wypoczynkowej i biznesowej, to wieści hiobowe. Jakie są tego stanu rzeczy przyczyny?
Uporządkujmy uczciwie fakty. Ceny paliw wystrzeliły z ziemskiej atmosfery w kosmos, co z właściwą sobie prostolinijnością obwieścił światu O’Leary, i nie sposób się z nim nie zgodzić, ponieważ Trump z Netanjahu rozpętali wojnę z Iranem, który to w odwecie zamknął lub przymknął Cieśninę Ormuz, co z kolei wywindowało ceny benzyny. Bajdurzenie o wpływie na nie ukraińskich ataków na rosyjskie rafinerie może przypaść do rozumu farmera, którego wiedza o świecie oscyluje między nader skąpą jej porcją wyniesioną z high school, powiedzmy w teksańskim Eden lub Rugby w Dakocie Północnej, a fake newsami z mediów społecznościowych, ale jest obrazą dla elementarnej logiki krytycznie myślącego człowieka, wyedukowanego w innym systemie szkolnym.
Podróże, szczególnie te dalekie, to w dobie kryzysu luksus i fanaberia, ale drożyzna wywołana przez wspominany arogancki i krwawy akt wpływa codziennie na sytuację wewnętrzną Europy, wzniecając gwałtowne protesty we Francji, Belgii, Portugalii i Włoszech, dające polityczny tlen skrajnej, tak ukochanej przez trumpistów, prawicy. Vance obwinia o nie imigrantów, jego szef publicznie na przemian z nich dworuje i grozi niewyobrażalnymi konsekwencjami, jeśli Europa nie zamknie szczelnie granic, zaprzeczając idei otwartości społecznej, fundamentu oświeceniowej konstrukcji, w szeroko rozumianym znaczeniu. Owe burzliwe demonstracje, przeplatające się z regularnymi walkami anarchistów z policją, mają olbrzymi potencjał erupcyjny. Zima, która może dotkliwie uderzyć inflacją, jest tuż przed nami, a słabnąca demokracja, skutkująca eksplozją nacjonalizmów w pogrążającej się w atrofii Unii Europejskiej, jest Moskwie w długoterminowej perspektywie na rękę, to zrozumiale, ale dlaczego Stanom? Szalony, coraz bardziej szalony staje się ten świat.
Wojny funkcjonują od tysiącleci według tożsamego paradygmatu. W fazie decyzyjnej wyglądają na militarny spacerek z rychłym triumfem w tle, w rzeczywistości zaś wikłają strony w długi, wyniszczający konflikt, z którego nikt de facto nie wychodzi zwycięsko. Kto jak kto, ale decydenci w Stanach Zjednoczonych, po rozlicznych lekcjach z ostatnich kilkudziesięciu lat, doskonale o tym wiedzą. Wojen, czego też uczy wspominane doświadczenie, nie sposób wygrać z powietrza, trzeba się zaangażować na lądzie, a wtedy trwają latami.
Można w tym miejscu przywołać niejedną paralelę, choćby Wietnam czy Afganistan, tak niedaleki geograficznie, społecznie i kulturowo Iranowi. Stare afgańskie przysłowie mówi: „Ujrzyj we mnie swego wroga, a wnet się nim stanę” i powinno być przestrogą dla tych, którzy roją, iż wystarczy uderzyć w szczyty teherańskiej władzy, a społeczeństwo wylegnie w rewolucyjnym rozgorączkowaniu na ulice i zetrze reżim z powierzchni ziemi. Myślenie takie jest szczególnie naiwne w przypadku kraju do szpiku kości antyamerykańskiego. Trzeba pamiętać, idąc tokiem wspominanych podobieństw, że podbić Afganistan to nic trudnego, nikt nie miał z tym najmniejszego problemu. Aleksander Macedoński zrobił to w dwa tygodnie, podobnie jak Brytyjczycy w XIX a Sowieci w XX wieku. Problemy zaczynają się, gdy trzeba okupację utrzymać, to nie udało się nikomu, nawet najpotężniejszym militarnie Amerykanom w wieku XXI. Błyskotliwie pisze o tym Wojciech Jagielski, w monumentalnej antologii reportażu wojennego, przeplatając znakomitymi esejami o naturze konfliktów zbrojnych teksty epatujące grozą niekończących się batalii, napisane przez najwybitniejszych korespondentów wojennych XX wieku, żeby wspomnieć tylko najświetniejsze pióra: Hemingwaya, Steinbecka, Churchilla, Fallaci, Politkowską, Kapuścińskiego, Orwella, Grossmanna, Camusa, Forsytha, Marqueza, Llosę. Tysiąc sto stron o horrorze tej, niestety, wciąż najpowszechniejszej ludzkiej aktywności na przestrzeni dziejów.
Wojna to szaleństwo, więc ci, którzy ją wywołują nie zasługują na inne miano, bez względu na uzasadnienia i tu kłania się kolejna paralela – rzekome zagrożenie bronią jądrową w Iraku, w czasie wojny w Zatoce Perskiej, które okazało się być naprędce, prymitywnie skonstruowanym casus belli. Bilans znamy, dziesiątki tysięcy ofiar, zmarnowane setki miliardów dolarów oraz implozja państwowości w zaatakowanym regionie. Warto było? Warto nie uczyć się na błędach i teraz?
Szaleństwem jest też próba zakończenia konfliktu bez ukarania agresora. Demokratyczny świat przeciera ze zdumienia oczy widząc na dyplomatycznym stole propozycję Władimira Putina, czyli zorganizowanie spotkania z Donaldem Trumpem i Xi Jinpingiem, które miałoby doprowadzić do zakończenia wojny w Ukrainie, a do którego to miałoby dojść podczas listopadowego szczytu APEC w chińskim Shenzhen. Trump dotąd nie przystał na propozycję, lecz jest na nią, według „Wall Street Journal”, więcej niż otwarty, bo uważa, że mógłby dzięki temu wreszcie dostać upragniony noblowski medal, o korzyściach dla amerykańskiego biznesu nie wspominając. Ten diaboliczny plan, wykorzystujący oczywistą słabość przywódcy USA do rosyjskiego dyktatora, poważnie zaniepokoił Ukrainę i jej sojuszników w Waszyngtonie i Europie. Przewodniczący Xi miał pomysłowi przyklasnąć, widząc w tym oczywistą szansę wzmocnienia roli Chin jako mediatora wagi superciężkiej. Republikański senator Thom Tillis nie gryzł się w język twardo twierdząc, że Putin cynicznie wykorzystuje Trumpa. „Rosjanie kłamią. Putin kłamie. Putin gra prezydentem Trumpem jak na skrzypcach. A historia nie będzie łaskawa dla Ameryki, która nie zdołała stanąć w obronie świata zachodniego, jeśli Putin rzeczywiście osiągnie swój cel” – powiedział w rozmowie z CNN. Dla trzeźwo myślącego analityka to przepis na geopolityczną katastrofę, rujnujący największy atut USA, których to potęga, jako globalnego hegemona, opierała się na gigantycznej machinie wojskowej, ale i równie silnej sieci sojuszy na całym świecie. Trump mocno nadwyrężył jedno i drugie. Miną długie lata, nim Stany Zjednoczone zdołają naprawić szkody, które wyrządził ich wizerunkowi, o ile kiedykolwiek uda im się tego dokonać. Fall of the empire?
Wspominany pomysł na milę cuchnie nową Jałtą lub Kongresem Wiedeńskim, mniejsza zresztą o historyczne konotacje. Tak czy inaczej będzie to kolejny koncert mocarstw, którego reszta świata ma pokornie słuchać, gdy dyrygencki trumpwirat wyciągnie batuty nad przestrzeniami geopolityki. Wszystko o nas bez nas, tak to musi brzmieć z perspektywy prezydenta Zełenskiego i innych europejskich, może poza Mińskiem i Bratysławą, stolic. Jeśli do niego dojdzie, na Kremlu szybko skończy się szampan, będzie bowiem bezlik okazji do świętowania. Zamiast kary – nagroda, triumfalny powrót na salony i business as usual. Uszło nam na sucho teraz, ujdzie i w przyszłości, jak byłemu sojusznikowi w 1938, w Monachium. Bolszoje Wam spasiba gospodin Priezident Tramp, mnogoje lieta!
Serial szaleństw się na tym nie kończy, za oceanem postępuje brutalizacja życia publicznego. Ostatnio w Białym Domu wpadli na pomysł publicznej egzekucji. Chodziło o stracenie Nidala Hasana, który w 2009 roku zastrzelił 13 osób w bazie wojskowej Fort Hood w Teksasie, które ma mieć miejsce 3 grudnia. Pete Hegseth, sekretarz wojny USA, wywołał międzynarodowy skandal, oświadczając, że wydarzenie będzie transmitowane na żywo jako środek odstraszający, ponieważ „ludzie muszą zrozumieć, że za takie rzeczy są poważne konsekwencje”. Ostatecznie Trump orzekł, iż przekazu live nie będzie. Uczynił to, z nieskrywanym zresztą żalem, pod wpływem fatalnych dla obozu władzy sondaży przed wyborami połówkowymi, dobitnie jednak podkreślając, iż „transmisja egzekucji na żywo mogłaby być mocnym sygnałem odstraszającym dla świata, pokazującym, jak Ameryka radzi sobie z terrorystami i łajdakami takimi jak Hasan”. Sam fakt, że tak haniebny etycznie pomysł wzięto pod uwagę jest moralnie dyskwalifikujący, a jego autorów stawia w długim szeregu okrutników, rzucających plebsowi krwawe igrzyska, normalizujące nienawiść i oswajające przemoc. Od ukamienowań, poprzez ścięcia, stosy, garoty i gilotyny, aż po rozstrzelania i powieszenia, aby motłoch zawył z ukontentowania i zemsty. Okrutników dosłownie rozumiejących zasady takie jak „oko za oko” i literalnie odczytujących Stary Testament, co nie powinno dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę przemożny wpływ tak zwanych ewangelikalnych chrześcijan, nasłuchujących tylko tętentu jeźdźców Apokalipsy, na otoczenie Trumpa. Czym taka egzekucja, z chorą satysfakcją obserwowana przez miliony, miałaby się różnić od publicznych kaźni na kabulskich stadionach, wybudowanych zresztą za amerykańskie pieniądze, w czasie rządów talibów? Dogmat to dogmat, geografia nic tu nie zmieni.
Krach mocy amerykańskiego imperium jest jaskrawo widoczny na morzu. Po wielomiesięcznym rejsie bojowym, w rejonie Bliskiego i Środkowego Wschodu, wpłynął do macierzystego portu lotniskowiec „Abraham Lincoln”. Supernowoczesna jednostka o napędzie atomowym wyglądała jak wrak, z burtami pokrytymi grubą warstwą rdzy, lecz to nie efekt utleniania się metalu budzi myśl o zmierzchu kolosa. Niewiele kto zauważył, że amerykańska marynarka, mimo nominalnie deklarowanej, imponującej liczby tych potężnych okrętów w linii, bo ma ich w rejestrze floty jedenaście, nie była w stanie operować w okolicach konfliktu więcej niż dwoma, co zmuszało dowództwo do utrzymywania lotniskowców w stanie gotowości bojowej przez dziesięć miesięcy. Wyobraźmy sobie prawie sześć tysięcy ludzi, stłoczonych na przestrzeni porównywalnej do rynku średniej wielkości polskiego miasta, przez prawie rok. Kolos na zardzewiałych kadłubach? Erozja supermocarstwa? Już, czy wkrótce? Szaleństwa odsłona kolejna…
Trafną diagnozą dzieli się Anne Applebaum, ironicznie prezentując na łamach „Wyborczej” amerykańską triadę AD 2026: „Po pierwsze nie polegajcie na USA, które są dziś kapryśne i nieprzewidywalne. (…) Po drugie w Waszyngtonie wyżej ceni się dyktatorów i tyranów niż przywódców z demokratycznego nadania. (…) Po trzecie i najistotniejsze, ta administracja jest na sprzedaż.” Na dowód tej tezy „New York Times” poinformował, że w ramach amerykańsko-rosyjskich negocjacji majątek koncernu „Łukoil”, perły w rosyjskiej naftowej koronie, może wkrótce przejąć konsorcjum biznesowe obejmujące aktywa dwóch kluczowych negocjatorów prezydenta Trumpa, jego zięcia i przyjaciela, Jareda Kushnera i Stevena Witkoffa. No comments, ręce opadają. Nie wolno, ale można, jak kąśliwie konstatował Jarosław Haszek. Ten drugi, wyraźnie podekscytowany, bił ostatnio w Petersburgu czołem przed zbrodniarzem wojennym, mającym na sumieniu setki tysięcy istnień: „Dużo mówi pan o moim prezydencie, prezydencie Trumpie jako o człowieku kierującym się względami humanitarnymi. Pan, panie prezydencie Putin, również taki jest. Pozdrawiam to, doceniam i jeszcze raz panu dziękuję”. Słowa te padły przy okazji uwolnienia obywatela USA Stephena Hubbarda, który od 2022 r. był więziony w Rosji, skazanego za rzekomy udział w walkach po stronie ukraińskiej. A jednak jednostka nie jest tam niczym, Majakowski się mylił, pod warunkiem, że ma szczęście posiadać amerykański paszport.
Relacje Donalda Trumpa z Rosją pozostają intensywnie stabilne i dziwaczne jednocześnie, bowiem koniec końców, zawsze podziela kremlowski punkt widzenia. Był zauroczony Rosją w sowieckim wydaniu, już podczas pierwszej wizyty w 1987 i od prawie 40 lat ta sympatia jest niezmienna. Sądzić należy, iż najchętniej zamieniłby prezydenturę, uzależnioną od kaprysu wyborców, na carską koronę, zostając boskim pomazańcem, do czego zresztą niedwuznacznie i nierzadko nawiązuje, na przykład angażując sztuczną inteligencję do upodobnienia swojej postaci do Jezusa Chrystusa. Obłędna obsesja wielkości, trudno użyć i w tym przypadku innego słowa, niż to wielokrotnie w tym tekście wykorzystywane.
Oznak owego narcystycznego opętania jest znacznie więcej, praktycznie każdy dzień przynosi nowe. A to widzimy, w kilka dni po tragedii w ZOO w Yorkshire, rolkę, na której pomarańczowy prezydent ściga przerażonego tygrysa – ludojada. Zero szacunku dla ludzkiej tragedii. Kiedy indziej z uporem twierdzi, że wodę w waszyngtońskiej sadzawce, która miała czelność, jak od milionów lat, wydać z siebie glony, zaprzeczając błękitnej prezydenckiej estetyce, zatruli Demokraci. Mógłby wzorem Kserksesa, nawiasem mówiąc władcy Persji, protoplastki dzisiejszego Iranu, kazać wychłostać wodę, że sprzeciwiła się jego boskiej mocy. Nie tak dawno natrętnie nagabywał jednego z szefów Google’a, aby zmienił na mapach nazwę Atlantyku na Ocean Trumpa. Tamten, póki co, odmówił. Ocean Szaleństwa byłby tu nazwą synonimicznie stosowniejszą, w końcu to akwen burzliwy, kapryśny i nieprzewidywalny, posłał na dno „Titanica” i wiele, wiele innych statków.
W czasach aberracji w waszyngtońskim pałacu mocarstwowości czepianie się amerykańskiej klamki staje się wisielczą zabawą, czymś w rodzaju, nomen omen, rosyjskiej ruletki. W naszym kontekście sojuszników trzeba szukać przede wszystkim w Europie, jak najbliżej, choćby i w Berlinie, a postulowaną przez niektórych publicystów „izraelizację” trzeba między mrzonki włożyć. Nie ten dla Stanów Zjednoczonych kaliber teologiczny, historyczny, ekonomiczny i militarny, no i ten pulsujący coraz śmielej, po koroniarsku rozbuchany antysemityzm…
Najpotężniejszy (jeszcze?) kraj świata jest rządzony przez demofoba, z ciężką, kliniczną alergią na ustrój liberalny, rozmieniającego na drobne prestiż i moc państwa budowanego przez tylu swoich poprzedników. Módlmy się zatem, do kogo kto tam może, aby wyborczy listopad zabarwił Stany Zjednoczone na niebiesko, bowiem republikańska czerwień, w owym szaleńczym kostiumie, świata, w którym przywykliśmy dość wygodnie i beztrosko żyć, ufając, że to na saecula saeculorum, nie ocali. Zanośmy te modły jako zaniepokojeni ludzie branży, którą pionowo wzlatujące ceny ropy wcześniej czy później wykończą, ale przede wszystkim jako obywatele Europy i Świata. Odsądzany w Polsce od czci i wiary Franklin Delano Roosevelt sprzedał, spłacając daninę radzieckiej krwi przelanej na froncie wschodnim oraz licząc na kolejną, w wojnie z Japonią, jedynie część Europy moskiewskiemu tyranowi, zaś Donald John Trump gotów przehandlować ją całą, za półdarmo, jego godnemu następcy.
Szach mat, cóż za ironia, ten termin też pochodzi z perskiego i oznacza: król jest bezradny…
Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie...