Viktoria Marta Chmielewska: Doświadczenie daje odwagę, by tworzyć przyszłość

Viktoria Marta Chmielewska – założycielka i CEO MEA Agency
Na zdjęciu: Viktoria Marta Chmielewska – założycielka i CEO MEA Agency

„Doświadczenie, które wyznacza standard” – pod tym hasłem MEA Agency świętuje 18 lat działalności. Viktoria Marta Chmielewska, założycielka i prezeska agencji, mówi o zmianach w branży eventowej i modelu działania agencji, rosnącym znaczeniu projektowania doświadczeń, wpływie psychologii na zarządzanie zespołem i odpowiedzialnym przywództwie. W rozmowie z MeetingPlanner.pl pokazuje też, jak po 18 latach definiuje rozwój MEA – poprzez jakość, inwestycje w ludzi, silne kompetencje, świadomy wybór projektów i niezależność biznesową. 
 
Magdalena Kondas (MK): Osiemnaście lat MEA Agency, nieco więcej, jeśli chodzi o Twoją działalność w branży eventowej to właściwie obserwowanie kilku różnych epok tego rynku. Gdybyś miała wskazać najważniejszą zmianę, jaka dokonała się w tym czasie?
 
Viktoria Marta Chmielewska (VMC): Gdybym miała wskazać jedną fundamentalną zmianę, powiedziałabym, że branża przeszła od organizowania wydarzeń do projektowania doświadczeń, które mają realizować konkretne cele biznesowe i komunikacyjne.
Pracuję w branży eventowej od 27 lat, więc rzeczywiście obserwowałam kilka jej epok. Pamiętam czasy, kiedy wydarzenie było przede wszystkim okazją do spotkania, zaprezentowania produktu czy świętowania ważnego momentu w życiu firmy. Później przyszła epoka coraz większej skali, technologii, spektakularnych scenografii i rywalizacji o efekt „wow”. Dzisiaj jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Samo wydarzenie nie jest już celem. Jest jednym z narzędzi budowania relacji, wzmacniania kultury organizacyjnej, angażowania społeczności czy tworzenia realnego doświadczenia marki.
Fundamentalnie zmienił się też klient. Coraz częściej oczekuje od agencji nie tylko sprawnej produkcji, lecz także zrozumienia strategii, celów biznesowych i odbiorców. Zmienił się uczestnik, który ma znacznie większy wybór doświadczeń, ale jednocześnie żyje w świecie ogromnej liczby bodźców. Zmieniła się wreszcie sama agencja — od wykonawcy określonego zadania w stronę partnera, który powinien umieć doradzić, zaproponować rozwiązanie, a czasem zakwestionować pierwotny pomysł. Nie oznacza to, że emocje, widowiskowość czy perfekcyjna produkcja przestały mieć znaczenie. Wręcz przeciwnie. Tyle że dziś muszą wynikać z przemyślanej koncepcji.
Najważniejsza zmiana polega na tym, że przestaliśmy pytać wyłącznie: „Jak zrobić wydarzenie?”. Coraz częściej pytamy: „Po co je robimy i co ma się dzięki niemu zmienić?”.

MK: Nawiązując do tej zmiany, którą wskazałaś, dzisiaj MEA coraz częściej mówi nie o organizacji wydarzeń, ale o projektowaniu doświadczeń marek. Patrząc uniwersalnie, czy to przede wszystkim zmiana języka, czy rzeczywista zmiana miejsca agencji w procesie współpracy z klientem?
 
VMC: To zdecydowanie coś więcej niż zmiana języka. To świadome określenie miejsca, jakie MEA Agency chce zajmować w procesie współpracy z klientem. Przez 18 lat zbudowaliśmy bardzo silne doświadczenie realizacyjne. Wiemy, jak przeprowadzić złożony projekt od koncepcji do ostatniego elementu produkcji. Ale z czasem coraz wyraźniej widziałam, że największą wartość możemy wnieść znacznie wcześniej – wtedy, gdy dopiero definiuje się cel, grupę odbiorców i sposób komunikacji marki.
Dlatego dziś rozwijamy MEA Agency jako agencję doświadczeń marek, łączącą kompetencje strategiczne, kreatywne i produkcyjne. W naszym modelu ważne są dwa uzupełniające się obszary: MEA Creative, odpowiedzialny za myślenie strategiczne, koncepcję i kreację, oraz MEA Production, czyli doświadczenie operacyjne, techniczne i realizacyjne. Te kompetencje mają tworzyć jedną, spójną wartość dla klienta.
Naszą specjalizacją pozostają wydarzenia i doświadczenia marek – zarówno skierowane do klientów i konsumentów, jak i do pracowników, partnerów biznesowych czy określonych społeczności. Interesują nas projekty, w których wydarzenie nie jest oderwaną aktywnością, ale elementem większej opowieści o marce. Zmienia się więc również nasza rola. Nie chcemy otrzymywać wyłącznie gotowej listy oczekiwań do wykonania. Chcemy być zapraszani do rozmowy o tym, jaki problem rozwiązujemy i jakie doświadczenie będzie rzeczywiście wartościowe.
To właśnie w tym sensie rozumiem nasze jubileuszowe hasło: „Doświadczenie, które wyznacza standard”. Nie jest to dla mnie deklaracja, że po 18 latach wszystko już wiemy. To zobowiązanie, żeby zdobyte doświadczenie przekładać na coraz lepszy sposób pracy i coraz trafniejsze rozwiązania dla klientów.
 
MK: Jak wspomniałaś, przez lata eventy ścigały się na skalę, efekt „wow”, technologię i intensywność doświadczenia. Tymczasem coraz więcej mówi się o przebodźcowaniu, dobrostanie czy potrzebie wyboru własnej ścieżki uczestnictwa. To jest teoria, czy rzeczywiście zmienia się Twoim zdaniem podejście i mierniki wartości eventu?
 
VMC: Uważam, że ta zmiana jest realna, choć nie powiedziałabym, że cała branża już ją wdrożyła. Jesteśmy raczej w momencie, w którym zaczynamy inaczej definiować jakość doświadczenia.
Przez lata sukces wydarzenia często utożsamiano z jego skalą, liczbą atrakcji, rozmachem produkcji i intensywnością emocji. Dzisiaj coraz mocniej dostrzegamy, że człowiek ma ograniczoną zdolność przetwarzania bodźców, a nadmiar wrażeń nie zawsze przekłada się na lepsze zapamiętanie marki czy większe zaangażowanie.
Jako psycholożka szczególnie zwracam uwagę na to, że uczestnicy różnią się między sobą. Nie wszyscy potrzebują tego samego tempa, poziomu interakcji czy intensywności doświadczeń. Jedni chcą być w centrum wydarzeń, inni wolą obserwować, jeszcze inni potrzebują momentu wyciszenia. Dlatego uważam, że dobry projekt powinien dawać uczestnikowi pewną sprawczość. Możliwość wyboru, czytelny program, różne formy angażowania się, przestrzeń do rozmowy, odpoczynku lub spokojnego poznawania treści – to nie są dodatki obniżające atrakcyjność eventu. To elementy świadomego projektowania.
Zmieniać powinny się również mierniki sukcesu. Oczywiście frekwencja, zasięg i efekt wizualny są ważne. Ale warto pytać także o jakość zaangażowania, zapamiętanie przekazu, emocje uczestników, zbudowane relacje i to, czy wydarzenie rzeczywiście osiągnęło swój cel.
Nie jestem przeciwniczką efektu „wow”. Uwielbiam dobrze zaprojektowane emocje. Uważam tylko, że spektakularność powinna służyć człowiekowi i marce, a nie być celem samym w sobie.
 
MK: Powiedziałaś, że jako psycholożka, w odniesieniu do uczestników wydarzeń, zwracasz coraz bardziej uwagę na to, że się od siebie różnią. Ostatnio w swoich wypowiedziach i podejmowanych inicjatywach coraz mocniej zajmujesz się neuroróżnorodnością i różnymi sposobami funkcjonowania ludzi. Czy prowadzenie agencji przez 18 lat zmieniło Twoje rozumienie tego, jaki człowiek „pasuje” do branży eventowej?
 
VMC: Zdecydowanie tak. I myślę, że to jedna z najważniejszych zmian w moim sposobie myślenia o ludziach. Przez wiele lat w branży funkcjonował dość jednoznaczny obraz idealnego eventowca: człowieka niezwykle dynamicznego, odpornego na stres, komunikatywnego, dyspozycyjnego, potrafiącego działać pod presją i jednocześnie zajmować się wieloma sprawami. Taki zestaw kompetencji rzeczywiście jest przydatny w niektórych rolach. Ale dzisiaj wiem, że nie można nim mierzyć wszystkich. Branża eventowa potrzebuje przecież nie tylko osób świetnie odnajdujących się w dynamicznej produkcji. Potrzebuje również analityków, strategów, kreatywnych obserwatorów, ludzi bardzo uważnych na szczegóły, specjalistów od technologii, planowania, relacji czy zarządzania ryzykiem.
Studia psychologiczne i rozwijanie wiedzy o neuroróżnorodności pozwoliły mi jeszcze wyraźniej zobaczyć, że ludzie mogą inaczej przetwarzać informacje, komunikować się, reagować na presję i organizować swoją pracę. To nie musi oznaczać mniejszych kompetencji. Często oznacza po prostu inne warunki, w których te kompetencje najlepiej się ujawniają. Dlatego coraz mniej interesuje mnie pytanie, czy ktoś „pasuje do branży” w rozumieniu jednego obowiązującego wzorca. Znacznie ważniejsze jest dla mnie to, jakie ma talenty, czego potrzebuje, za co potrafi wziąć odpowiedzialność i w jakiej roli może wnieść największą wartość. Nie istnieje jeden typ człowieka stworzonego do eventów. Istnieją różne kompetencje, które dobrze połączone tworzą świetny zespół
 
MK: No właśnie, mówisz też, m.in. w felietonach w MeetingPlanner.pl, krytycznie o „culture fit” i o organizacjach tworzonych pod jeden dominujący model czy sposób pracy. Co jest dla Ciebie ważne, w praktyce, w budowaniu zespołu?
 
VMC: Najważniejsze jest dla mnie rozróżnienie między wspólnymi wartościami a podobieństwem ludzi. Chcę pracować z osobami, dla których ważne są uczciwość, odpowiedzialność, szacunek, profesjonalizm i dotrzymywanie zobowiązań. To jest fundament. Natomiast nie oczekuję, że wszyscy będą mieli podobny temperament, styl komunikacji czy sposób rozwiązywania problemów. Właśnie dlatego podchodzę ostrożnie do pojęcia „culture fit”. Bywa ono rozumiane jako dopasowanie do istniejącej kultury, ale w praktyce może prowadzić do wybierania osób, które są po prostu podobne do nas. A wtedy łatwo pomylić komfort współpracy z rzeczywistą wartością dla organizacji. W branży kreatywnej różnorodność sposobów myślenia jest szczególnie potrzebna. Ktoś musi zadawać trudne pytania, ktoś dostrzegać ryzyko, ktoś wychodzić poza schematy, a ktoś przekładać odważne pomysły na możliwe do wykonania działania. W praktyce oznacza to dla mnie przede wszystkim jasne określanie odpowiedzialności, komunikowanie oczekiwań, dostrzeganie mocnych stron ludzi i tworzenie przestrzeni do konstruktywnej różnicy zdań. Nie zawsze jest to łatwe. Zarządzanie zespołem złożonym z różnych osobowości wymaga więcej uważności niż otaczanie się ludźmi, którzy myślą podobnie. Ale właśnie dzięki tej różnorodności możemy podejmować lepsze decyzje.
Nie chcę budować zespołu na zasadzie: „Wszyscy jesteśmy tacy sami”. Wolę organizację, w której jesteśmy różni, ale wiemy, dokąd wspólnie zmierzamy.
 
MK: Branża eventowa jest jednocześnie bardzo relacyjna i bardzo „obciążająca”. Czy z perspektywy Twoich doświadczeń ten model pracy jest jeszcze do utrzymania w dotychczasowej formie? 
VMC: Uważam, że dotychczasowy model, w którym ogromne przeciążenie bywa traktowane niemal jak dowód zaangażowania, powinien się zmieniać. Nie mam złudzeń, że praca w branży eventowej kiedykolwiek będzie całkowicie przewidywalna. Realizujemy projekty w określonym czasie, z udziałem wielu partnerów, dostawców i uczestników. Część sytuacji zawsze będzie wymagała szybkiej reakcji. Ale nie wszystko, co nazywamy specyfiką branży, jest rzeczywiście nieuniknione. Zbyt późne podejmowanie decyzji, niejasny podział odpowiedzialności, ciągłe zmiany założeń, niedoszacowane harmonogramy czy brak odpowiednich zasobów nie powinny być traktowane jako naturalny element naszej pracy.
Przez wiele lat podziwialiśmy w branży osoby, które potrafią uratować projekt w ostatniej chwili. To ważna umiejętność, ale nie możemy budować całego modelu biznesowego na nieustannym ratowaniu sytuacji. Dzisiaj coraz bardziej przekonuje mnie profesjonalizm rozumiany jako dobre projektowanie pracy. Odpowiednie planowanie, realistyczne terminy, jasna komunikacja, zarządzanie ryzykiem, właściwe delegowanie i budowanie procesów, które pozwalają ludziom działać skutecznie. To nie oznacza obniżania ambicji. Przeciwnie. Wysoki standard wymaga dobrze zorganizowanej pracy. W MEA właśnie ten obszar jest dla mnie jednym z ważnych kierunków rozwoju. Chcę, żeby doświadczenie zdobyte przez lata przekładało się nie tylko na jakość wydarzeń, lecz także na sposób, w jaki je tworzymy.
 
MK: Dużo mówi się dziś, m.in. w tym kontekście, który poruszyłyśmy, o partnerstwie pomiędzy klientami i agencjami. Ale czy sposób współpracy i kupowania usług eventowych rzeczywiście pozwala takie partnerstwo budować?
 
VMC: Czasami pozwala, ale zbyt często sam sposób organizowania procesu zakupowego stoi w sprzeczności z ideą partnerstwa. Nie jestem przeciwniczką przetargów. Rozumiem potrzebę porównywania ofert, kontroli budżetu i przejrzystości wyboru dostawcy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy od agencji oczekuje się strategicznego myślenia, oryginalnej koncepcji i odpowiedzialności za efekt, ale jednocześnie daje się jej bardzo mało czasu, ograniczony dostęp do informacji i niewielką przestrzeń do rozmowy. W takich warunkach trudno mówić o rzeczywistym współtworzeniu rozwiązania. Partnerstwo wymaga czegoś więcej niż dobrych relacji osobistych. Wymaga wzajemnego zrozumienia odpowiedzialności, szacunku do pracy koncepcyjnej, realistycznego harmonogramu i gotowości do otwartej rozmowy również o ograniczeniach. Presja cenowa sama w sobie nie jest niczym nowym. Natomiast niepokoi mnie sytuacja, w której cena staje się głównym kryterium oceny projektu wymagającego dużej wiedzy, kreatywności i odpowiedzialności operacyjnej.
Wierzę, że najlepsze efekty powstają wtedy, kiedy agencja może zadawać pytania, proponować alternatywy i uczestniczyć w definiowaniu rozwiązania, a nie tylko wyceniać gotowy pomysł. Dobre partnerstwo powinno być korzystne dla obu stron. Klient otrzymuje nie tylko realizację, ale także wiedzę i doświadczenie agencji. Agencja ma natomiast warunki, żeby wziąć rzeczywistą odpowiedzialność za rezultat. Jeśli oczekujemy od agencji roli partnera strategicznego, musimy stworzyć jej możliwość działania jak partner, a nie wyłącznie jak wykonawca.
 
MK: Zdarza Ci się mówić „nie”? Czy umiejętność odmawiania projektów lub niezgoda na zasady współpracy jest dziś częścią dojrzałości biznesowej?
 
VMC: Tak. I uważam, że umiejętność powiedzenia „nie” jest jednym z ważniejszych przejawów dojrzałości biznesowej. Na początku prowadzenia firmy naturalnie koncentrujemy się na zdobywaniu klientów, budowaniu portfolio i wykorzystywaniu możliwości rozwoju. Chcemy udowadniać, że potrafimy sprostać kolejnym wyzwaniom. Po 18 latach wiem jednak, że nie każdy projekt jest właściwy dla każdej agencji, a nie każde warunki współpracy pozwalają odpowiedzialnie wykonać zadanie. Dzisiaj patrzę nie tylko na atrakcyjność projektu czy jego budżet, ale także na sposób współpracy, realność harmonogramu, wzajemny szacunek i możliwość zapewnienia jakości, pod którą chcemy się podpisać. Czasami odmowa jest wyrazem szacunku również wobec klienta. Lepiej otwarcie powiedzieć, że przy określonych warunkach nie jesteśmy w stanie zagwarantować oczekiwanego efektu, niż składać obietnice, których realizacja będzie wymagała nieproporcjonalnego ryzyka. Nie chodzi o to, żeby unikać ambitnych czy trudnych projektów. Właśnie takie wyzwania często rozwijają nas najbardziej. Chodzi o odróżnianie ambitnego wyzwania od współpracy, która od początku nie daje warunków do odpowiedzialnego działania. Dojrzałość w biznesie polega również na tym, żeby wiedzieć, czego nie robić.
 
MK: Mówiłyśmy na początku o kilku epokach tego rynku, a jak po 18 latach prowadzenia firmy zmieniłaś się Ty jako liderka? 
 
VMC: Najmocniej musiałam zweryfikować przekonanie, że dobry lider powinien osobiście dopilnować wszystkiego. Kiedy zakładałam MEA w 2008 roku, miałam ogromną energię, ambicję i determinację. Byłam bardzo blisko każdego obszaru działalności. Tak często wygląda początek przedsiębiorczości – firma rozwija się dzięki zaangażowaniu założyciela, jego decyzjom, relacjom i gotowości do działania. Z czasem zaczęłam jednak rozumieć, że jeśli organizacja ma dojrzewać, nie może być uzależniona od jednej osoby. Dzisiaj znacznie większą wagę przykładam do budowania odpowiedzialności w zespole, rozwijania kompetencji, jasnego określania kierunku i tworzenia procesów, które pozwalają firmie działać w sposób przewidywalny. Zmieniło się również – o czym już wspomniałam – moje spojrzenie na ludzi. Kiedyś łatwiej było mi koncentrować się na efekcie i zadaniu. Dzisiaj mocniej dostrzegam, jak duże znaczenie mają różnice indywidualne, motywacja, komunikacja, szacunek, zaufanie i warunki, w których pracujemy. Psychologia bardzo wzbogaciła moje rozumienie przywództwa. Pokazała mi, że skuteczność i uważność na człowieka nie są przeciwieństwami. Zmieniło się także moje rozumienie sukcesu. Nadal mam ambicje, nadal chcę rozwijać MEA, ale coraz ważniejsza jest dla mnie jakość tego rozwoju.
Kiedyś myślałam przede wszystkim o tym, jak zbudować dobrą firmę. Dzisiaj myślę także o tym, jak zbudować firmę, która potrafi dobrze funkcjonować, rozwijać ludzi i zachowywać swoje wartości.
 
MK: A czego nauczyły cię kryzysy? Były takie chwile, w których mówiłaś sobie „mam dość”? Były momenty, kiedy model biznesowy MEA trzeba było praktycznie zbudować na nowo?
 
VMC: Oczywiście były momenty ogromnego zmęczenia i niepewności. Myślę, że każdy, kto prowadzi firmę przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, wie, że przedsiębiorczość nie składa się wyłącznie z sukcesów. Największym zewnętrznym sprawdzianem dla naszej branży była pandemia. Z dnia na dzień wydarzenia przestały odbywać się w dotychczasowej formule, a rynek znalazł się w sytuacji bez precedensu. To był czas, który wymagał od przedsiębiorców wyjątkowej elastyczności, podejmowania trudnych decyzji i szukania nowych sposobów działania. Ale kiedy dzisiaj patrzę na tamten okres, najważniejsze jest dla mnie to, że udało się przez niego przejść. MEA działa, rozwija się i w 2026 roku obchodzi swoje 18-lecie. To daje mi ogromną satysfakcję. Kryzysy nauczyły mnie, że żaden model biznesowy nie jest dany raz na zawsze. Trzeba umieć dostrzegać zmiany, reagować na nie i mieć odwagę przebudowywać sposób działania firmy, kiedy wymaga tego rzeczywistość. Dzisiaj wykorzystujemy te doświadczenia, żeby świadomie rozwijać MEA Agency – wzmacniać kompetencje strategiczne, budować bardziej uporządkowaną organizację i koncentrować się na współpracach, w których możemy wnieść największą wartość.
Czy bywały chwile, kiedy miałam dość? Oczywiście. Ale nigdy nie chciałam, żeby to one definiowały moją historię. Wolę patrzeć na to, co udało się zbudować, czego się nauczyłam i co jeszcze jest przede mną. Po 18 latach nadal mam energię i pomysły na przyszłość! (śmiech)
 
MK: Ale mam wrażenie, że obok MEA, zawsze była ważna dla Ciebie „druga droga”. Przez lata byłaś bardzo zaangażowana w działalność na rzecz branży, m.in. poprzez pracę w stowarzyszeniach. Teraz to psychologia, mentoring, coaching biznesowy. Z czego to wynika?
 
VMC: Myślę, że wynika to przede wszystkim z ciekawości ludzi, potrzeby rozwoju i przekonania, że doświadczenie nabiera szczególnej wartości wtedy, kiedy możemy się nim dzielić. Zgadza się, przez wiele lat angażowałam się w rozwój i profesjonalizację branży eventowej. Byłam między innymi prezeską Stowarzyszenia Branży Eventowej w latach 2014–2020. Zależało mi na budowaniu silnego środowiska, wymianie wiedzy, podnoszeniu standardów i wzmacnianiu pozycji naszej branży. Równolegle przez 18 lat rozwijałam MEA Agency. A prowadzenie własnej firmy to nieustanna praca z ludźmi, relacjami, emocjami i zmianą, to podejmowanie decyzji, budowanie zespołów, odpowiedzialność za innych, ale też konieczność ciągłego uczenia się i weryfikowania własnego sposobu myślenia. Z czasem zaczęłam coraz mocniej dostrzegać, że za każdą decyzją biznesową stoi człowiek – jego potrzeby, przekonania, motywacje, obawy i aspiracje. Chciałam lepiej rozumieć te mechanizmy. Dlatego naturalnym kierunkiem stały się mentoring, coaching, a następnie studia psychologiczne.
Dzisiaj jestem magistrem psychologii, certyfikowaną mentorką oraz business & life coachem. Szczególnie bliska jest mi praca z kobietami, które znajdują się w momencie zmiany – zawodowej, osobistej czy związanej z poszukiwaniem nowej roli i własnej drogi.
Interesuje mnie również kryzys, ale rozumiany szerzej niż wyłącznie jako trudne doświadczenie. Kryzys może być momentem zatrzymania, przewartościowania dotychczasowych wyborów i początkiem ważnej transformacji. Nie zawsze sami go wybieramy, ale możemy mieć wpływ na to, co z nim zrobimy i jaką drogę obierzemy dalej. Właśnie w takich momentach chcę towarzyszyć kobietom – pomagać im lepiej rozumieć siebie, odzyskiwać poczucie sprawczości, dostrzegać własne zasoby i podejmować świadome decyzje dotyczące kolejnego etapu życia. 
 
MK: To nowa działalność – może oznaczać odejście od MEA?
 
VMC: Wręcz przeciwnie. Widzę między tymi światami bardzo silne połączenie tzw. most. Biznes nauczył mnie odwagi, odpowiedzialności, elastyczności i działania w zmieniających się warunkach. Psychologia pozwala mi głębiej rozumieć człowieka, który za tymi działaniami stoi. A mentoring i coaching dają przestrzeń, żeby tę wiedzę oraz doświadczenie wykorzystywać we wspieraniu innych.
Moje dwie drogi łączy człowiek i zmiana. Jak mówiłam, w MEA Agency pomagamy markom tworzyć doświadczenia, które budują relacje i nadają znaczenie komunikacji. W psychologii, coachingu i mentoringu towarzyszę kobietom w momentach przełomu, pomagając im odnaleźć własny kierunek i świadomie budować kolejny etap życia. Dla mnie obie te drogi są o rozwoju, odwadze i tworzeniu wartości, która pozostaje na dłużej.
 
MK: Pozostańmy chwilę przy drodze rozwoju. Właściciel niezależnej agencji stoi często przed wyborem: skalować biznes, specjalizować się, poszerzać kompetencje czy pozostać bardziej butikowym partnerem. Jak definiujesz dziś rozwój MEA? 
 
VMC: Dla mnie wzrost nie musi oznaczać wyłącznie większej liczby projektów, większego zespołu czy większych obrotów. Oczywiście rozwój biznesowy jest ważny. Chcę, żeby MEA była silną, stabilną i rozpoznawalną agencją, która realizuje ambitne projekty dla wymagających klientów. Ale po 18 latach coraz wyraźniej widzę, że najcenniejszy jest wzrost jakościowy. Dlatego chcę rozwijać MEA Agency jako niezależnego, wyspecjalizowanego partnera marek, który łączy strategiczne myślenie, kreatywność i kompetencje produkcyjne. Nie widzę sprzeczności między butikowym podejściem a realizowaniem dużych projektów. Można prowadzić złożone przedsięwzięcia, zachowując indywidualne podejście, bliską relację z klientem i wysoką odpowiedzialność za jakość. Ważne jest dla mnie również poszerzanie kompetencji, ale nie w sposób przypadkowy. Nie chcemy robić wszystkiego dla wszystkich. Chcemy rozwijać te obszary, które wzmacniają naszą specjalizację w projektowaniu i realizacji doświadczeń marek. W kolejnych latach zależy mi na większej liczbie długofalowych partnerstw, silniejszej strukturze organizacyjnej i projektach, w których możemy realnie wpływać na rozwiązanie od początku procesu.
Wzrost może oznaczać więcej. Ale dla mnie przede wszystkim powinien oznaczać lepiej – mądrzej, stabilniej, z większą wartością dla klienta i zespołu.
 
MK: To na jakie projekty czekasz najbardziej? 
 
VMC: Dzisiaj najbardziej czekam na projekty, które mają znaczenie. Takie, które nie tylko realizują cele biznesowe marki, ale jednocześnie wnoszą coś dobrego do świata, do życia ludzi i do otaczającej nas rzeczywistości. Po 27 latach pracy w branży eventowej i 18 latach prowadzenia MEA nadal fascynują mnie kreatywność, technologia, skala i możliwości produkcyjnej. Uwielbiam moment, w którym odważna idea staje się rzeczywistością. Ale coraz ważniejsze jest dla mnie pytanie: co po tym wszystkim pozostanie? Czy stworzyliśmy tylko piękne wydarzenie, czy może również zainspirowaliśmy kogoś do działania? Czy zbudowaliśmy relacje, przekazaliśmy ważną wiedzę, zmieniliśmy sposób myślenia, zwróciliśmy uwagę na istotny problem? Czy nasze działania przyniosły realną wartość drugiemu człowiekowi? Marzą mi się projekty, które łączą świat biznesu z nauką, kulturą, edukacją, psychologią, technologią i odpowiedzialnością społeczną. Takie, w których potencjał marek, ich zasoby i siła komunikacji mogą służyć nie tylko budowaniu rozpoznawalności, ale również wywieraniu pozytywnego wpływu na otoczenie. Szczególnie bliskie są mi inicjatywy związane z rozwojem człowieka, zdrowiem i dobrostanem, edukacją, równością szans, odpowiedzialnością za środowisko i przyszłością naszej planety. Wierzę, że dobrze zaprojektowane doświadczenie może nie tylko poruszać emocje, ale także inspirować do zmiany postaw i konkretnych działań. Nie oznacza to, że każdy projekt musi mieć charakter społeczny czy charytatywny. Biznes ma swoje cele i powinien je realizować. Ale wierzę, że cele biznesowe i pozytywny wpływ na świat nie muszą się wykluczać. Przeciwnie – najciekawsze rzeczy powstają wtedy, kiedy potrafimy je połączyć.
Dlatego najbardziej inspirują mnie marki, które mają odwagę myśleć szerzej niż tylko o własnym produkcie czy wynikach sprzedaży. Które zadają sobie pytanie, jak wykorzystać swój potencjał, żeby stworzyć coś wartościowego również dla innych. Chciałabym, żeby MEA Agency uczestniczyła w projektach, które łączą odważną kreację, najwyższą jakość produkcji i autentyczną odpowiedzialność za ich wpływ. Żebyśmy potrafili tworzyć wydarzenia spektakularne, ale jednocześnie mądre, uważne na człowieka i środowisko. Coraz bardziej interesuje mnie nie tylko to, jakie emocje wywołamy podczas wydarzenia, ale również to, jakie myśli, decyzje i działania zainspirujemy po jego zakończeniu.
 
MK: Co w takim razie jest dla Ciebie miernikiem rozwoju MEA za kilka lat?

VMC: Dla mnie rozwój MEA – o czym mówiłyśmy – nie sprowadza się do liczby realizowanych projektów czy skali działalności. Patrzę na niego znacznie szerzej. Jest kilka konkretnych mierników, które będą dla mnie szczególnie ważne. 
Pierwszym jest zaufanie klientów i jakość partnerstwa. Chciałabym, żeby MEA Agency była agencją, którą zaprasza się do rozmowy już na etapie definiowania wyzwań, a nie tylko do realizacji gotowych koncepcji. Żebyśmy byli postrzegani jako partner strategiczny, kreatywny i produkcyjny, który rozumie biznes klienta i potrafi wnieść do niego realną wartość.
Drugim jest jakość i znaczenie realizowanych projektów. Zależy mi na przedsięwzięciach, które łączą odważną kreację, doskonałość produkcyjną i jasno określony cel. Takich, które nie tylko zachwycają uczestników, ale pozostawiają po sobie coś wartościowego – budują relacje, inspirują do działania i wywierają pozytywny wpływ na ludzi oraz otoczenie.
Trzecim jest rozwój ludzi i organizacji. Chcę budować MEA jako miejsce, w którym różnorodne talenty mogą wykorzystywać swój potencjał, rozwijać kompetencje i brać odpowiedzialność za ambitne projekty. Silny, samodzielny zespół, oparty na zaufaniu, szacunku i profesjonalizmie, jest dla mnie jednym z najważniejszych wyznaczników sukcesu.
Czwartym jest siła i niezależność biznesowa. Odpowiedzialnie prowadzona, stabilna firma daje możliwość inwestowania w nowe kompetencje, podejmowania ambitnych wyzwań i świadomego wybierania kierunków rozwoju. To ważny fundament, ale nie cel sam w sobie.
Piątym jest wpływ, jaki pozostawiamy po sobie. Chciałabym, żeby MEA była kojarzona nie tylko z wysoką jakością realizacji, ale także z odwagą myślenia, odpowiedzialnością i tworzeniem doświadczeń, które mają znaczenie.
Za kilka lat chcę powiedzieć, że MEA jest agencją, której doświadczenie przekłada się na zaufanie klientów, rozwój ludzi i projekty pozostawiające pozytywny ślad w świecie. To właśnie dla mnie oznacza rozwój, który ma sens – i doświadczenie, które wyznacza standard.
 
MK: Po 18 latach prowadzenia firmy – co daje Ci satysfakcję?

VMC: Przede wszystkim to, że się udało. Że 18 lat temu miałam odwagę stworzyć własną firmę, a dzisiaj MEA Agency ma swoją historię, doświadczenie, zrealizowane projekty i kolejne ambicje. Ale kiedy patrzę na te 18 lat, największą satysfakcję dają mi ludzie. Bo za każdą realizacją, każdym sukcesem i każdym ważnym momentem w historii MEA stoją konkretne osoby, ich zaangażowanie, talent i odpowiedzialność. Szczególnie ważne jest dla mnie to, że trzon firmy tworzą ludzie, którzy są ze mną od wielu lat. Którzy znają MEA, współtworzyli jej historię, przechodzili z nią przez kolejne etapy rozwoju i nadal chcą być częścią tej drogi. To dla mnie ogromna wartość i powód do dumy. Przez lata nauczyłam się, że nawet najlepszy pomysł nie ma znaczenia bez ludzi, którym można zaufać. Takich, którzy nie tylko doskonale znają swoją pracę, ale też czują odpowiedzialność za wspólny cel, potrafią podejmować decyzje, wspierać się nawzajem i działać z zaangażowaniem. Zaufanie i odpowiedzialni ludzie to dla mnie fundament MEA. Świadomość, że mam wokół siebie zespół, na którym mogę polegać, jest jednym z największych osiągnięć tych 18 lat. Bo firmę można założyć samodzielnie, ale jej historię, kulturę i sukces buduje się razem. Satysfakcję daje mi również to, że potrafiliśmy rozwijać się wraz ze zmieniającym się rynkiem, nie tracąc tego, co dla nas ważne. Że nasze doświadczenie nie jest jedynie zbiorem wspomnień czy projektów w portfolio, ale wiedzą, kompetencjami i relacjami, które pozwalają nam z odwagą patrzeć w przyszłość.
Jestem też dumna z własnej drogi. Z tego, że nie przestałam się uczyć, rozwijać i szukać nowych perspektyw. Że przedsiębiorczość otworzyła mi również drogę do psychologii, mentoringu i jeszcze głębszego rozumienia ludzi. Dzisiaj patrzę na MEA z wdzięcznością, ale też z ciekawością tego, co przed nami. Nie traktuję osiemnastolecia jak podsumowania zakończonej historii. Mam poczucie, że wciąż jest wiele ważnych rzeczy do stworzenia. Największą satysfakcję daje mi to, że zbudowaliśmy coś więcej niż agencję. Zbudowaliśmy zespół ludzi, którzy sobie ufają, biorą odpowiedzialność za to, co robią, i od lat wspólnie tworzą wartość MEA. I właśnie z takimi ludźmi chcę pisać kolejne rozdziały tej historii i doświadczenie, które wyznacza standardy.

Viktoria Marta Chmielewska – założycielka i CEO MEA Agency, przedsiębiorczyni i liderka z 25-letnim doświadczeniem w branży eventowej i komunikacji marek. W 2008 roku założyła MEA, którą od 18 lat rozwija jako niezależną agencję doświadczeń marek, łączącą strategię, kreację, komunikację, technologię i produkcję.
W latach 2014–2020 pełniła funkcję prezeski Stowarzyszenia Branży Eventowej, aktywnie angażując się w rozwój i profesjonalizację rynku, integrację środowiska oraz podnoszenie standardów branżowych.
Magister psychologii, certyfikowana mentorka oraz certyfikowana Business & Life Coach. W swojej działalności łączy wieloletnie doświadczenie przedsiębiorcze z wiedzą psychologiczną, szczególnie interesując się przywództwem, psychologią zmiany, neuroróżnorodnością i budowaniem środowiska, w którym różnorodne talenty mogą w pełni wykorzystywać swój potencjał.
Bliskie jest jej podejście do neuroróżnorodności jako naturalnego wymiaru ludzkiego funkcjonowania, który warto uwzględniać zarówno w zarządzaniu zespołami, jak i projektowaniu doświadczeń dla różnych grup odbiorców. Zwraca uwagę na znaczenie indywidualnych potrzeb, odmiennych sposobów przetwarzania informacji i tworzenia przestrzeni sprzyjających autentycznemu zaangażowaniu. O tych zagadnieniach, a także o kulturze organizacyjnej, przywództwie i zmianach zachodzących w branży eventowej, pisze w swoich felietonach publikowanych na łamach MeetingPlanner.pl.
Równolegle rozwija działalność w obszarze psychologii, mentoringu i coachingu, koncentrując się szczególnie na wspieraniu kobiet w momentach życiowych i zawodowych przełomów. Pomaga im odkrywać własne zasoby, odzyskiwać poczucie sprawczości, odnajdywać nowe perspektywy i świadomie podejmować decyzje dotyczące kolejnego etapu życia.
Obie drogi zawodowe łączy dla niej człowiek i zmiana. W biznesie tworzy doświadczenia, które budują relacje i nadają znaczenie komunikacji marek. W psychologii i mentoringu towarzyszy ludziom w odkrywaniu nowych możliwości i podejmowaniu odważnych decyzji. W obu obszarach kieruje się przekonaniem, że prawdziwa wartość doświadczenia wyraża się w tym, co dzięki niemu zmienia się na lepsze – w życiu ludzi, organizacji i otaczającym nas świecie.

ARTYKUŁ PARTNERA