3 miesiące nowego roku. 3 różne agencje i 3 różnych klientów. 2 postawy. Jedna – Januszowa. Druga, trudna do przełknięcia, ale przynajmniej biznesowo – załatwiona jak należy.
Zacznę od tej, z którą – z tego co słyszę – agencje spotykają się ostatnio coraz częściej.
Klient, który współpracuje już z agencją od jakiegoś czasu. Zwraca się do mnie znajomy – „słuchaj, mój klient, szykuje się do swojego jubileuszu i chce przy okazji zorganizować konferencję. Możesz pomóc znaleźć lokalizację i coś wymyślić dla nich?” Jasne. Termin dość oblegany – ale lecę z obdzwonką i wysłaniem kilkudziesięciu mejli. Na tej podstawie powstaje wspaniały excel. Okazuje się, że z ponad 20 sprawdzonych lokalizacji, pasujących pod event, w tej konkretnej dacie – zostaje tylko jedna i ewentualnie druga na wieczorną galę. Spotkanie z klientem. Opowiadam wstępne założenia, zadaję pytania doprecyzowujące. Ogólnie – miłe, merytoryczne spotkanie. Pada pytanie o szacunkowy budżet – opowiadam o widełkach, bo konkrety będę mógł podać po odpowiedzi na dodatkowe pytania. Ok. Klient ma wrócić za kilka dni. Wtem, 3 dni później dostaję telefon z tej jednej, jedynej pasującej lokalizacji, że chyba klient bezpośrednio zadał pytanie do obiektu. Czyli – sprawdza – jasne – zdarza się. Ale… proszę znajomego, by dowiedział się, o co chodzi. I tu słyszę, że klient stwierdził, że jesteśmy za drodzy (na jakiej podstawie? przecież nie było budżetu?) i że oni zrobią sami (albo tak jakoś podskórnie czuję, że z jakąś inną agencją). No dobra – ale czy za wykonaną pracę raczy klient zapłacić… i tu wielkie zdziwienie, że za co? Trochę brak słów.
Kombo
I tu wjeżdża ono. Kombo. Mija kilka dni. Rozmawiam z drugą agencją, z którą działam od kilku lat. Informują mnie, że event, który wygrali, za który ja już dostałem od nich wynagrodzenie za „success fee”, bo moja kreacja wygrała, jednak się nie odbędzie, gdyż klient się ponownie podliczył i jednak nie będzie robił eventu. Czy agencja dostała kasę, za to, co do tej pory zrobili? Oczywiście, że nie… Witki opadają. Jasne – trochę rozumiem agencję – oni nie chcą robić z tego draki. Bo przecież tak się w naszej branży zdarza. Tylko to ostatecznie my jako branża, jesteśmy ci przegrani. Znów robota za darmo.
KLIENT
Ale… była też trzecia firma. Wielki, międzynarodowy event. Sprawdzonych pierdyliard lokalizacji. Excel jakich nie powstydziłby się specjalista od tabelek. Plusy/minusy każdej lokalizacji, wszystkie wyceny. Dokumentacje na miejscu już po wybraniu tej konkretnej I…. telefon, że jednak zrobią to z inną agencją. Ok. Może ostatecznie nie było chemii, może jakieś inne względy zdecydowały. Ale KLIENT (zdecydowanie kapitalikiem), oczywiście rozumie, że wykonaliśmy mnóstwo pracy i ma świadomość, że dostaje gotowca. I prosi o wycenę naszej pracy. Bo to dla niego normalne. Przecież ktoś pisał te mejle, dzwonił, sprawdzał. Spotykał się. Poświęcił swój czas. Można??? Można i za to wielki, gigantyczny PLUS. I wiem, że jeśli znów będzie temat od nich, to mając świadomość, że może być różnie z realizacją, ale przynajmniej nie pracowaliśmy za friko, znów poświęcimy dla niego nasz czas. Tak, znów jaram się biznesową normalnością.
Pytanie
Czy Wy drodzy Janusze biznesu, serio uważacie, że nasze mózgi pracują za darmo? Bo właśnie nasze mózgi, nasze palce, uszy, głos, wypożyczacie na ten czas, by działały dla Was. To jest nasza praca. Wy możecie produkować sadzonki, samochody, batony, jedzenie, oferować kosmiczne usługi, czy co tam sobie chcecie. My świadomie lub też czasem nie – wybraliśmy, że będziemy robić eventy. To jest nasza praca! Nasz CZAS, który poświęcamy dla Was. Nie wiem – może jest tak, że jak podjeżdżacie na stację benzynową, tankujecie paliwo, to też odjeżdżacie bez płacenia, bo tylko tak sobie chcecie potestować, czy auto będzie dobrze jechać. A jak będzie źle to podjedziecie na inną stację i tam zatankujecie i już zapłacicie… Albo idziecie do lekarza i jednak nie podoba Wam się diagnoza to nie płacicie za wizytę. Może tak faktycznie jest, pytam?*
Maciat – Janusz
Na koniec wychodzi, że to pewnie ja jestem Januszem, mam jakieś chore podejście do bycia fair, bo dla agencji, która już mi zapłaciła success fee, kolejną kreację napisałem za free. Bo w moim biznesowym i długofalowym podejściu do współpracy nie mieści się w głowie, że jeśli ktoś zachował się jak burak, to ja mam zrobić tak samo wobec ludzi, których szanuję i cenię.
Nie wierzę, że jako branża się postawimy i nie będziemy pracować za darmo. Bo wiem, że podmioty, które zatrudniają po kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt osób, wolą przełknąć taką gorzką pigułkę i jechać dalej.
Ja nie.
Zatem życzę nam po prostu, byśmy na swojej drodze spotykali jak najmniej takiego buractwa. A jeśli nawet będzie – to pamiętajcie, są na tym świecie firmy, które szanują naszą pracę. Bez względu na to, czy wykonał ją junior w agencji czy wysoki management.
Miejcie piękny dzień!
Maciat
*to ulubiony pytajnik, który pada często w rozmowie Rocky’ego z Ryland’em Grace ze świetnej książki „Projekt Hail Mary” Andy’ego Weir’a. – polecam lekturę i film oczywiście też.
Autor: Michał Maciątek
Produkcją i kreacją eventów oraz akcji non-standardowych zajmuje się od 25 lat. Jest jurorem konkursu „Kreatywny Roku Branży Eventowej”.