Tomasz Mlącki: Tatrzańskie miliony, czyli Zadeptane

Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie…
Na zdjęciu: Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie…

Co roku staram się jeździć w góry. Jak za studenckich lat – plecak, szlak od schroniska do schroniska, kiedyś ponad 30 kilometrów dziennie na nogach, teraz bliżej 15. Mam nawet listę marzeń, lub jak kto woli – niedokonań w tym względzie, z której corocznie staram się wykreślić co najmniej jedną pozycję, udowadniając sobie, jak to uroczo mówił nieodżałowany Bohdan Smoleń w słynnym skeczu z Zenonem Laskowikiem, że jeszcze mogę.

W tym roku po raz kolejny mogłem, tym razem w słowackich Niskich Tatrach. Nazwa myląca, bo ich kumulacja – Dumbier, liczy 2043 metry nad morza poziomem, jak się w mojej prawie rodzinnej Częstochowie żartobliwie deszyfruje akronim NMP, widniejący na tabliczkach oznaczających główną, w stronę Jasnej Góry wiodącą, aleję miasta. Góry, jak widać, są wszędzie, te w naturze i te w metaforze, choćby Himalaje naszych ambicji. Bez gór byłoby jakoś płasko, w życiu i w przenośni. Nisko byśmy bez nich latali, przyziemnie egzystowali, pozbawieni satysfakcji z celu w trudzie osiągniętego.

Ale powróćmy do naszych baranów, (po francusku – revenons à nos moutons, jako ciekawostkę zawodową sobie to zapiszcie), jak mądrze prawił autor piętnastowiecznej farsy, czyli do rzeczy. Barany to też byty górskie, więc póki co nie grzeszę niespójnością. Niskie z nazwy Tatry okazały się prawie tak wysokie, jak ich nieodlegli zresztą kuzyni, więc wspinałem się cierpliwie i mozolnie, pokonując przynajmniej 1000 metrów różnicy wzniesień dziennie, z jednej strony kontentując się ponoszonym trudem w drodze do kolejnego celu, z drugiej zaś konstatując coraz dotkliwszy ból stóp, stawów i ramion obciążonych plecakiem. Łatwo już było, powtarzałem, zaciskając zęby, przywołując wspomnienia sprzed lat, kiedy to człowiek śmigał po wierchach niczym kozica na adrenalinie, albo skacowany student w drodze do najbliższej piwodajni. Dość narzekań. Było przepięknie. Tatry Wysokie o wschodzie słońca, oglądane ze szczytu Chopoku wymagają słów, których jeszcze nie użyto, bowiem wszystkie, którymi się posiłkujemy, aby wyrazić zachwyt, wydają się zbyt wytarte. Zaniemówienie po prostu. Trzeba tam wejść, zanocować, wstać o piątej i chłonąć ów spektakl wszystkimi zmysłami, jestestwem całym, pokorniejąc w obliczu natury, która w tym obrazie staje się Absolutem. Usilnie proszę nie mylić z pewnym szwedzkim przeźroczystym płynem, to jak mieszanie filozofii z fermentacją, a ten koktajl nikomu nie wychodzi na zdrowie, fizyczne i mentalne, choć miliony już próbowały, próbują i próbować będą. Wolnoć każdemu wierzyć, że dostąpi zaszczytu bycia wyjątkiem od tej wyjątkowo twardej reguły…   

Dodam jeszcze, że poza rejonem wspomnianego Chopoku, gdzie łatwy dostęp gondolkami multiplikuje ruch turystyczny, na szlakach panuje cisza, spokój i pustka, gdzieniegdzie tylko widać pojedynczych wędrowców, w tym tak ambitnych, jak ów Słowak napotkany pierwszego dnia, który miał już za sobą ponad 300, a do przejścia tyleż samo kilometrów, szlakiem Słowackiego Powstania Narodowego. Pogawędziliśmy trochę, nie pytałem dlaczego, ale sam czuł potrzebę wyjaśnienia owej samotności w ruchu. Spojrzał na południową stronę, a potem, wbiwszy wzrok w swoje buty cicho powiedział – Potrebujem relax, rozumieš? Rozumiałem, pomilczeliśmy, bo o czym tu jeszcze gadać, uścisnąłem z szacunkiem jego dłoń i poszliśmy – on na zachód, ja na wschód. Ostatnia część mojej peregrynacji, wejście na drugi, po Krywaniu, święty dla Słowaków szczyt – Kralovą Holę, było wyzwaniem, jakiego od lat w górach nie doświadczyłem. Poprzednie dwa dni lało równo, musiałem zrobić nieplanowaną przerwę w dolinie. Szlak był wymagający, 1100 metrów różnicy wzniesień, wąski, w łanach zarastającej go kosówki, z której zbierałem na nieprzemakalną, według informacji znanego producenta, odzież całą wilgoć, przemakając do, jak to się niegdyś mówiło, gumki w majątkach. Przypomniałem sobie wtedy słowa Tytusa Chałubińskiego, pioniera tatrzańskich wędrówek po zakopiańskiej stronie: marsz przez kosówkę to walka o życie. Święta prawda. Kiedy wreszcie wydostałem się ponad nią, przygwoździł mnie wiatr wiejący w porywach dobre kilkadziesiąt kilometrów na godzinę. Nie w plecy, niestety. Pełznąłem zatem pod górę, czując się niczym ktoś, kto usiłuje stawiać kroki w gęstniejącym betonie. Kiedy wreszcie na szczyt dobrnąłem, zamiast zachwalanej w literaturze panoramy Tatr zobaczyłem ścianę mlecznej mgły z przebłyskami błękitu ponad nią. Góry uczą pokory, góry uczą pokory, mamrotałem tyleż fatalistycznie co wściekle, poszczękując zębami w rytm dreszczy, którymi mój organizm rozpaczliwie bronił się przed wychłodzeniem. Założyłem na siebie, co mi suchego zostało i rozpocząłem zejście. Wbrew pozorom i przeciwnościom byłem szczęśliwy. Przez cały dzień miałem góry dla siebie, jeśli nie liczyć kilku równie przemoczonych desperatów, spotkanych na długim, ponad ośmiogodzinnym szlaku oraz wyraźnych śladów niedawnej bytności niedźwiedzia w co najmniej trzech miejscach. Szedłem, rzec można, czując na sobie wzrok króla Tatr. Cóż, naturalny to stres nieproszonego w naturze gościa. Ostatniego, już słonecznego dnia, przejechałem, bez tłoku w autobusach, nie widząc też tłumów na słowackim Podtatrzu, przez Poprad do Łysej Polany, aby wrócić do Warszawy przez polskie Tatry i ich stolicę.

Z chwilą przekroczenia granicznego mostku owładnęła mną estetyka i pragmatyka skończonego kontrastu. Bolesne to było, oj bolesne. Zapchany parking, kolejka samochodów wiozących amatorów widoków znad Morskiego Oka, policja i strażnicy TPN-u usiłujący zapanować nad poddenerwowanym tłumem w setkach, a raczej tysiącach samochodów. Nerwy, frustracja, napór, chaos. Pojazdy, które się na parkingach nie mieściły, stały na poboczach drogi, w długich kilkusetmetrowych rzędach. Praktycznie wszędzie, aż do Zakopanego. Przypomniałem sobie wtedy przeczytaną na jakimś portalu notkę, że w lipcu do Tatrzańskiego Parku Narodowego weszła rekordowa liczba ponad miliona turystów! Był 8 sierpnia i, po tym co widziałem, jestem przekonany, że wynik zostanie rychło pobity. W końcu mamy rok olimpijski, a to zobowiązuje. Do centrum jechałem dobrze ponad godzinę, ślimaczący się korek nie dawał nam szans. Poprosiłem o wysadzenie przy górnych Krupówkach, aby przez ten najsłynniejszy, obok Monciaka, polski deptak dotrzeć nostalgicznie na targ pod Gubałówką, mam bowiem w domu przykazane, aby wracając z Tatr nie pokazywać się bez nabytego tam owczego sera w najbardziej tradycyjnej formie. Kiedy wyszedłem z busa, spojrzałem w dół i…

Widziałem już tłok na Krupówkach wiele razy, w zimie i w lecie, w ferie, w Sylwestra, w czasie Pucharu Świata w skokach i przy innych, pomniejszych okazjach. Myślałem, że widziałem już tam wszystko. W jakimże byłem błędzie. Główna zakopiańska ulica przypominała rwący ludzki potok, wzbierający z każdą minutą, rozlewający ludzką masę na boki, zasysający poboczne dopływy. Ulica pulsowała w jakimś nieziemskim rytmie, przypominając a to czoło maratonu warszawskiego tuż przed startem, a to ciżbę widzów koncertu, na który nie sposób się dostać, a to rozmodlony tłum na masowej mszy pod gołym niebem. Jeśli ktoś widział tysiące szczelnie zespolonych głów falujących w rozliczne strony, ten wie, co mówię. Nagle zostałem mimo woli wepchnięty w sam środek. Powiedzieć, że szedłem byłoby grubym nadużyciem. Płynąłem bezwolnie z rwącym nurtem tego Dunajca ludzkich ciał, usiłując desperacko zachować pożądany kierunek, jednocześnie nie tracąc plecaka i tchu w piersiach. Wtedy też wyraźnie usłyszałem tłum. Początkowo był to niski, jednostajny dźwięk, przywodzący na myśl gigantyczny ul lub wnętrze knajpy pośledniej kategorii w piątkowy wieczór. Żeby to odnieść do muzycznej nomenklatury – przypominało basso continuo. Rychło wyodrębniłem z owego monotonnego buzowania tenory i soprany prowadzące. Ale opera to niestety nie była. Kilka przykładów tego „libretta”, expressis verbis. Uprzedzam – bywało drastycznie, ale prawda przekleństw się nie boi. „Won stąd!”; „Gdzie się pan pchasz!”; „Nie dostaniesz loda, gnoju!”; „Janusz, kup te oscypki, do cholery!”; „Jeśli się nie uspokoisz, dostaniesz w dupę!”; „Gdzie leziesz, pojebie!”; „Weź pan te ręce!”; „Co jest, kurwa!”; „Wypierdalaj!”. Klasyka wakacyjnego słownika w tłoku i natłoku, burzy emocji i naporu hormonów. Duchota ciała i duszy w waporach przetrawionego alkoholu i potu po cholesterolowej diecie. Były też frazy bardziej rozbudowane, najczęściej życzliwe inaczej: „No i byłam z nimi na tej kolacji. Patrzę na tę jego psią mordę, jak wpierdziela ten szaszłyk i tak se myślę, a niech cię sraka dopadnie, ty bucu!” albo „Mówię ci, ten Mateusz to kłamie na potęgę, że niby żony nie ma, a zboczony jest, tak mi w cycki zaglądał, że się zaślinił cały, a żeby mu więcej nie stanął!” Klątwy i kurwy fruwały w powietrzu twardym od niechęci i pogardy. My, opowiadający – cudowni; oni, obmawiani - beznadziejni. Taka narracja jaka nacja. Tam i wtedy.

Chciałem się już tylko wyrwać, co nie było łatwe, ale w końcu ruszyłem za jakimś facetem o posturze czołgu i udało się. Chyłkiem, bokiem, szybkim krokiem przebiłem się na targ pod Gubałówką, gdzie kupiłem za horrendalne pieniądze ser, będący przepustką do własnego domu, zafoliowany, a jakże, higiena full wypas, i przycupnąłem na ławce, na Równi Krupowej, aby ukoić skołatane nerwy. Obok siedziała dwójka plecakowców, bliskich mi dusz, takich co Zakopane traktują jako konieczny etap w drodze w Tatry, czyli opuszczają je as soon as possible. Oni też przeżyli mega traumę. Byli nad Morskim Okiem w dniu, kiedy padł rekord frekwencji, prawie 20 000 turystów! Ich opis był, jakież to zaskakujące, tożsamy z moim, więc powtarzał nie będę, ale dziewczyna miała łzy w oczach. Dwadzieścia lat przyjeżdżam, nigdy tak nie było, tyle tłoku, agresji, chamstwa, góry mi brukają przecież, zadeptują wspomnienia. Cóż było zrobić, ponarzekaliśmy, wspomnieliśmy lepsze czasy, kiedy luźniej bywało, o przyszłości nikt wspomnieć nie śmiał, bo kto ją tam wie. Ruszyliśmy wartko, my ofiary syndromu zakopiańskiego 2021, na dworzec kolejowy, bo wszyscy „Tatrami” do Warszawy mieliśmy wracać, do domu się wreszcie z mrowia pod Giewontem ewakuować. Trauma wydawała się zanikać, lecz nie doceniliśmy przewrotności losu. Perony były puste. Okazało się, że wspomniana już przeze mnie biblijna niemalże ulewa, przeszła nad Podtatrze i rozmyła tory kolejowe między Zakopanem i Chabówką. Intercity zorganizowało, choć forma dokonana nie oddaje w pełni rzeczywistości, zastępczy transport autobusowy. Kilkuset osobowy tłum pasażerów z mocno podniesionym ciśnieniem, jedna informatorka, kilka autobusów – oto w skrócie scenopis kolejnego chaosu. Do tego wszystkiego na Zakopiance zepsuł się wysłużony autokar. Prawo Murphy’ego w podręcznikowej postaci. Kiedy wreszcie dojechałem do domu, na stół podano przywieziony ser. „Jesce wcoraj, panie, w bacówce był, świeżuteńki, palce lizać”. Taką perswazją obrotnej gaździny zostałem wzięty. W środku nocy obudziła mnie klątwa Kasandry z Krupówek, co to pożeraczowi szaszłyka życzyła częstych wizyt w toalecie. Jak widać urok miotała na ślepo, trafiło na mnie zamiast na owego buca, a noc po tym ekstremalnym dniu spędziłem na porcelanie zamiast w pościeli…

Od końca marca 2020 roku, żeby zacytować Bareję, mam w życiu tylko jedno marzenie, żeby ten COVID wreszcie sobie poszedł, a przynajmniej dał żyć. Po opisanym doświadczeniu pragnę tego jeszcze mocniej. Niech podróże wrócą do normy, bo takiego natłoku szczupłe przecież Tatry Polskie nie wytrzymają, nie mówiąc już o Zakopanem, które powinno poważnie pomyśleć nad zmianą nazwy na Zadeptane.           

P.S. Słonimskiemu kiedyś zarzucano, że pisze negatywnie o międzywojennej rzeczywistości, choć wokół dzieje się tyle dobrego, na przykład buduje się port w Gdyni. Pan Antoni odpowiadając na zarzut krytykanctwa, zobowiązał się, że w każdym tekście umieści skrótowiec MŻGSR (Mimo że Gdynia się rozbudowuje). Gdzie mnie się równać do najostrzejszego pióra polskiej publicystyki wszechczasów, ale zgłoszę skromny akces i też coś pozytywnego napiszę. Koń mechaniczny został pod Tatrami zastąpiony przez konia elektrycznego. Góralskie fury, wożące niechętnie chodzących do Morskiego Oka, zostały wyposażone w mechanizm, wspomagający wysiłek czworonogów, które bywało, że padały zajechane na śmierć. Nie wiem, jak to działa, moja nietechniczna wyobraźnia ma z tym kłopot, ale jeśli działa, za to chwała.  

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie… czwarty wtorek miesiąca

Zaloguj się
Dodaj swój obiekt
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Inwestycje
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour
MP MICE & More
MP Legia Cup
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Wspierają nas
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt