Tomasz Mlącki: Śleboda, czyli Tatrzańska Szwajcaria

Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie…
Na zdjęciu: Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie…

Historia relacji finansowych ceprów i górali, gdyby ktoś podjął ten trud rzecz jasna, uformowałby opasły tom obrazujący nieustanną nierównowagę nizinnego popytu i podgórskiej podaży, skutkującą niezmiennie bokserskimi cenami. Ta metafora wyszła z ust Adolfa Dymszy, usiłującego zrobić zakupy na nowojorskiej Fifth Avenue, tłumaczącego zdziwionym sportową przenośnią kolegom na gościnnych polonijnych występach, że jest po prostu „Drogosz” (był kiedyś taki pięściarz, Leszek, trzykrotny mistrz Europy, zwany czarodziejem ringu, geniusz pracy nóg, wiedział, kiedy odskoczyć, aby w chwilę potem bezlitośnie przyłożyć). Tak, ceny pod Giewontem zawsze zwalały z nóg, nierzadko nokautem w pierwszej sekundzie, pierwszej rundy… Z ceprów darto skórę za cesarza Franza Josepfa der Zweite, naczelnika Piłsudskiego, prezydenta Mościckiego, pierwszych sekretarzy Bieruta, Gomułki i Gierka, prezydenta Wałęsę aż po współczesnego nam lokatora Pałacu, któremu w dniu dzisiejszym (tekst piszę 27 grudnia 2021 r.) trzeba podziękować, co też jako dziennikarz z wykształcenia, a odpowiedzialny obywatel z powołania czynię, nie wnikając w motywy.

Podtatrzańska drożyna była nieodmiennie odporna na dziejowe zawirowania, solidarnie i na swój zbójecki sposób uczciwie uderzała po kieszeni ludzi, jak ich tutaj nazywano, „dólskich”, równo za cesarsko-królewskiej monarchii, sanacji, komuny i demokracji. Chcesz na Giewont z bliska patrzyć? Trzeba płacić, płacić, płacić! Przez 150 lat turystycznej historii Zakopanego pieniądze w portfelu cepra topniały szybciej niż śnieg na Równi Krupowej w słoneczny, wiosenny dzień. W lokalnej wersji słownika języka polskiego, między terminami „tango” a „taniec”, dumnie bieli się, niczym zimowe Tatry, perfekcyjna pustka. Tam, gdzie powinno być „tani”, nie ma nic, jak pisał stary dobry Diderot w „Kubusiu Fataliście”, każąc tytułowemu bohaterowi oznajmić czytelnikom, iż właśnie odkrył anatomiczną różnicę między-lędźwiową, porównując stan rzeczy u siebie i ukochanej Dyzi. Geograficzny cud to mniemany, tanio bywa wszędzie, lecz nie pod Tatrami! Cóż, przywykliśmy, peregrynujemy, płacimy, płaczemy i tak w koło Wojtek, w tym nietanim tłoku, kornym korowodzie.

Magnetyzm mitu, czy mit magnetyzmu? Nie wiadomo, co gorsze. Nie mnie ten dylemat rozstrzygać, więc tyleż pokornie co przekornie konstatuję, że to wciąż działa, nieodmiennie i nieustannie, powodując, że tysiące pojazdów z dziesiątkami tysięcy turystów karnie formują korki na beznadziejnie i bezkreśnie remontowanej zakopiance, żeby po jej pokonaniu w tempie emerytowanego żółwia dotrzeć do miejsca, w którym znalezienie wolnego stolika, w jakimkolwiek lokalu, jest sukcesem na miarę wdarcia się do „Kmicica”, „Giewontu” czy choćby „Kolorowej” w Zakopanem lat 70. Nigdzie w Polsce nie można tak obiektywnie i naocznie stwierdzić, iż człowiek jest zwierzęciem stadnym, poddanym imperatywowi tłumu. Wystarczy rzucić okiem na Krupówki w sezonowych szczytach. Można też próbować namacalnie, usiłując nimi przejść, co osobiście, w dobie zalecanego dystansu społecznego, odradzam.   

Spirala podtatrzańskich cen jest podręcznikowym przykładem perpetuum mobile. Nie dość jednak, że w zgodzie z ową łacińską definicją nie chce się zatrzymać, to w ciągu ostatnich kilku miesięcy pnie się do góry niczym wiadome statystyki. Pandemiczne zamknięcia granic, podróżnicze restrykcje, wreszcie, co zdaje się być najistotniejsze, niechęć do legitymowania się paszportami szczepiennymi spowodowały, iż rodacy dążą do Zakopanego, niczym do ziemi obiecanej, gotowi zapłacić za pobyt w niej każde pieniądze, aby zaznać legendarnej „ślebody”, jak się w tutejszej gwarze określa wolność. Śleboda to synonim nieskrępowania, odrębności w ciągłym styku z anarchią, buntu wręcz.

Pamiętam klasycznego ślebodnika napotkanego przed kilku laty w ogonku do kolejki na Kasprowy. Miał, jak to Anglosasi mówią, ponad sześć stóp, od ziemi po czub, był młodym, przystojnym i dorodnym góralem, zarabiającym na życie jako konik sprzedający marzenia o wjeździe na najbardziej oblegany polski szczyt, za cenę klika razy przekraczającą wartość nominalną na bilecie. Ale, rzecz to niesłychana, jakaś pani doniosła na tego pana. Zjawiła się straż miejska, w postaci dwóch chuderlawych funkcjonariuszy, w okularach, na początku stropionych, gdy mocarz wyśmiał ich apele o poszanowanie przepisów, potem spoconych, gdy ów inkarnowany Janosik począł rytmicznie uderzać pięściami o balustradę, tak że wszyscy o nią oparci podskakiwali, bo facet był z tych, co to góry mogą przenosić, gdy im się zechce. Strażników wmurowało, a góral z niezaprzeczalną satysfakcją prowokował, parafrazując, nieświadomie jak sądzę, Hamleta, nie bez talentu grzmiąc: bierzeta mnie nie czy nie bierzeta? Pytanie dramatycznie zawisło w tężejącej atmosferze. Nie wzięli. Wzięli za to nogi za pas, pozostawiając triumfującego króla Kuźnic, otoczonego nieskrywaną sympatią widzów tego na swój sposób interesującego spektaklu, ewokującego słynny gen buntu AD 2021, co tak wiele może usprawiedliwić.

Śleboda, jak się już domyślacie, ma jakże znakomite przełożenie na wolność gospodarczą, postrzeganą z perspektywy gestorów, nie gości rzecz jasna. Ma też moc czynienia cudów, na przykład może w mgnieniu oka przenieść Tyrol, Dolomity, a nawet szwajcarskie Alpy pod Giewont lub odwrotnie. Tak się też dzieje w grudniu po północnej stronie Tatr, absurdalne jak nigdy ceny rosną niczym w takcie słynnej tulipanowej gorączki w XVII wiecznej Holandii, groteskowy popyt winduje je w kosmos, na szczyt szczytów. Można to zrozumieć, nawet wytłumaczyć, po części racjonalnie – pandemia, lockdowny, ale żeby aż tak? Odbić w dwa miesiące dwa lata? Mądry Michał z Montaigne pisał przecież gorzko: „Boję się, iż mamy oczy większe niż żołądek i większą chciwość niż możność: obłapiamy rękoma wszystko, ale chwytamy jeno wiatr”. Nawet jeśli ten przybiera chwilowo materialną, zmonetaryzowaną postać. Homo oeconomicus. Wyparł homo sapiens po drodze do homo deus? Mnie to osobiście odstręcza, trudno mi rzecz uczciwie zracjonalizować, chciwość przecież wyklucza wdzięczność, jak uczył Seneka, więc nie mam wyjścia, użyję słowa dnia – weto! Choć tyle, no może jeszcze poza parafrazą z mojego mistrza, człowieka, który się tylko słowom kłaniał – Antoniego Słonimskiego:    
Nowy hotel wyrasta ze stoku
Mury się pną, beton w formę leci.
Gdy skończą, a zadra utkwi w oku,
Bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw…

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie… czwarty wtorek miesiąca

Zaloguj się
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Inwestycje
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour
MP MICE & More
MP Legia Cup
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt
O MeetingPlanner.pl