Tomasz Mlącki: Bliżej niż Północ, czyli smuga cienia

Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie… Na zdjęciu: Sztynort
Na zdjęciu: Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie… Na zdjęciu: Sztynort

Mocno ostatnio w naszym kraju wieje, w wielu uzusach tego jakże niezbędnego czasownika. Trudno się wiatrowi nie poddać, zatem zawiało mnie na Mazury, a ściślej mówiąc na ich północną część, czyli powyżej Giżycka, do Sztynortu. Trafiłem tam po ponad trzydziestu latach od mojego pierwszego, jakże pamiętnego rejsu. Nie sposób nie zareagować nostalgicznie, wręcz elegijnie, choćby parafrazując znaną szantę:    
Pamiętny był dziewięćdziesiąty rok
Pamiętam ten wrześniowy dzień
Wszystkie te lata strawił los
Usunął wszystko w smugi cień…  

To miały być moje wymarzone, tygodniowe ledwie wakacje po lecie pełnym pilotowania wycieczek z najtrudniejszymi klientami świata, rodakami moimi, realizującymi twardo i twórczo zasadę przełomu ustrojowego, czyli „jak brać to wszystko, jak dawać to nic, a jak się pojawia problem, to mamy od tego pilota”. Nawet wtedy, gdy kłopot dotyczył przewin niemających nic wspólnego z moimi obowiązkami. Do dziś pamiętam, jak scedowano na mnie negocjacje w celu uniknięcia opłaty za, eufemizując – zanieczyszczenie podłogi lokalnej, tureckiej restauracji treścią żołądka. Pan to jakoś załatwi, rzuciła partnerka producenta (all rights reserved) owej treści. Załatwiłem, opłaty uniknąłem, nie unikając niestety wstydu i niesmaku, też w wielu uzusach tego słowa. Nie muszę chyba dodawać, że nigdy nie usłyszałem za ową uprzejmość, nienależącą przecież do moich zadań, choćby zdawkowego „dziękuję”, w zamian stykając się codziennie z jakże demonstracyjną, podręcznikową psychologicznie, niechęcią winowajcy w stosunku do świadka swojej winy. Jechałem na Mazury prosto z tak zwanej „bazarówki”, czyli bijącej ówcześnie rekordy popularności wycieczki do Stambułu połączonej z wypoczynkiem w południowej Bułgarii, chyba już trzeciej w owym sezonie, przewodząc w drodze powrotnej mrówczej karawanie objuczonej worami tandetnych dżinsów, lichych sweterków i innego bawełnianego badziewia, które wszelako znakomicie się wtedy w ojczyźnie Wokulskiego i Rzeckiego, nie zapominając o ich potomkach – władcach szczęk bazarowych, sprzedawało. Ex oriente lux, nomen omen. Jakże miałem dość po bezskutecznych bojach z polską duszą i katalogiem niecnót, jak byśmy to dziś powiedzieli, klientów, choć wtedy, o czasie utracony jakże bezpowrotnie i niesłusznie, nazywaliśmy ich po prostu uczestnikami. Jakąż to czyniło różnicę…

Pociąg z Burgas, słynny „Nord-Sud” spóźnił się kilka godzin, w Warszawie byłem późnym wieczorem, aby następnego dnia rano rejsowym PKS-em udać się do Węgorzewa, skąd już krok nad jezioro Święcajty, gdzie byłem umówiony z przyjaciółmi około południa. Karnie i punktualnie zameldowałem się na kei. Łódź była, załoganci gdzieś przepadli, nie zostawiwszy najlichszej choćby informacji, gdzie ich szukać. Cztery bite godziny, w słońcu, o głodzie, pragnieniu i lawinowo narastającym wkurwieniu, czekałem na wiarołomców, którzy pod jakże dobrą datą, z szantami na ustach, wrócili wreszcie z piwopoju, jakże zdziwieni moimi emocjami, wyrażonymi w gniewnej kilkuminutowej tyradzie, składającej się w zasadzie z samych przecinków. Moja żona, a zobaczyliśmy się tam po raz pierwszy, powiedziała mi kilka miesięcy potem, że wzbudziłem w niej fundamentalną niechęć. Nietrwałą na szczęście, bo chwalić los, prawie wszyscy mamy niejedną twarz, jest zatem z czego wybrać.

Wrzuciłem w końcu swój przemakalny (innych wtedy nie było) wór żeglarski do „Venuski”, która uchodziła w tych jakże skromnych konsumpcyjnie czasach za wzorzec nawodnego luksusu, pomogłem załadować do zęzy zapas piwa, a do bakist konserw, odcumowaliśmy i zaczęła się jedna z najczarowniejszych przygód w moim życiu. Pływaliśmy po północnych akwenach Wielkich Jezior Mazurskich, był koniec września, więc całe jezioro Kisajno, Dobskie, Dargin, Mamry i Przystań były zupełnie nasze, no prawie, jako że kilka łodzi po drodze spotkaliśmy. Rejs był elitarny, ledwie kilka osób, wiatr w sam raz, dobrze pchał, ale przyjaźnie, może poza jednym popołudniem, kiedy to trzeba było uciekać na Mamrach przed burzą, słońce wysycało jesienne kolory w całej palecie ciepłych, wyrazistych barw. Były tam inspirujące rozmowy, był śpiew i taniec przy imponującej wielkości ogniskach, były romantyczne przechadzki, było piwo w dowolnych ilościach, świeżutkie szczupaki z patelni (ustrzelone przez sternika z kuszy, nielegalnie zapewne, ale rzecz już przedawniona), schabowe z kań uzbieranych na Zimnym Kącie, był uśmiech i śmiech, nie było łez, zatem było wszystko co dwudziestokilkuletniemu człowiekowi potrzebne do szczęścia. Niczym samotnik z nieodległego przecież Królewca napawałem się noc w noc niebem gwiaździstym nade mną, nie myśląc jeszcze o  budowaniu prawa moralnego we mnie.

Żaglówka klasy „Venus”, choć za luksusową wtedy uchodziła, była, z dzisiejszej perspektywy, wewnątrz więcej niż skromna. Koje, w dzień służące jako siedziska, za wyjątkiem kapitańskiej na dziobie i dwóch trumienek na rufie, gdzie spało się w jednej pozycji, na wznak, jako że obrót na bok, ze względu na szczupłość prześwitu, był niemożliwy, do tego kilka szafek i składany stół. Wystarczało. Naszą łazienką był bezmiar mazurskich wód, a toaletą bezkres mazurskich lasów. Towarzyszyła nam wolność dyskusji, działania w dzień i w nocy, ablucji, konsumpcji i deliberacji. „Wolność kocham i rozumiem, Wolności oddać nie umiem”, w końcu to w tym właśnie roku po raz pierwszy „Chłopcy z Placu Broni” tak śpiewali. Chłonęliśmy wszystkimi zmysłami owo kontinuum autarkicznej swobody, w wieku, w którym człowiek ma poczucie nieśmiertelności, a przynajmniej o eschatologii nie myśli. Taka komuna Północy, choć na parę dni, na dni parę…   

Osią naszego wodnego świata był port w Sztynorcie, trzydzieści lat temu miejsce po sezonie tyleż piękne, co puste, powoli zapadające w jesienną drzemkę przed zimowym snem. Pałac Lehndorfów, dziczejący park, słynny sklep „U Marii”, gdzie uzupełnialiśmy piwne i konserwowe zapasy, prysznice z zimną wodą, no i crème de la crème – „Zęza”, najsłynniejsza żeglarska imprezownia na północ od Giżycka. Moją pamięć wspomógł prezent, dzięki któremu mogę dziś oglądać zdjęcia z wieczornych i nocnych w niej posiedzeń. W sierpniu 1990 pilotowałem bardzo ważną grupę – 20 Japończyków z międzyrządowej wymiany młodzieży, podpisywanej przez ówczesnych premierów: Wojciecha Jaruzelskiego i Yasuhiro Nakasone. Dostałem wtedy pierwszy w życiu aparat innej niż radziecka produkcji, Olympusa, jak to się wtedy mówiło „idioten kamerę”, bo w obsłudze był bardzo prosty, ale zdjęcia, na taśmie Fuji, robił znakomite. Do dziś urzekają barwą – te z jeziornymi i sztynorckimi zachodami słońca, jak i te, które najlepiej zatrzymały przeszły czas, z „Zęzy”. Powiedzieć o niej, że było to miejsce klimatyczne i ikoniczne, to jakby nic nie powiedzieć. To był inny świat, wewnętrzny, nirwaniczny krąg, w który zanurzaliśmy się z największą rozkoszą każdego tamtejszego wieczoru, w strojach konsekwentnie niedbałych, z gardłami wypoczętymi, przygotowanymi do kilkugodzinnej degustacji napoju (liczba pojedyncza jest jak najprawdziwsza, bo serwowano tam tylko piwo) oraz do śpiewania szant. Byliśmy samowystarczalni, mieliśmy, w osobie sternika, własnego gitarzystę, a składników prześwietnej atmosfery aż w nadmiarze. Gdzieś koło północy byliśmy jednią w zbiorowej jaźni, zespoleni w kończącej się niestety zabawie z innymi załogami no i przede wszystkim z barmanką o przecudnej w każdym calu urodzie, o której zresztą też szanty pisano…

Te wszystkie obrazy stanęły mi przed oczyma, gdy dojechałem do Sztynortu kilkanaście dni temu. Czyniłem to z obawą, czy wchodząc w swoisty wehikuł czasu, nie naruszę mojego nostalgicznego sacrum? Czy zmiana, która tam z pewnością zaszła, nie zainfekuje nieodwracalnie obrazów przeszłości? Czy miejsce, w czasach nieokiełznanej komercjalizacji, nie utraciło klimatu? Sztynort dziś, i za to inwestorom chwała, rozwija się i przekształca w harmonii i z szacunkiem dla historii, co nieczęste w naszym nowym, nieliczącym się przeważnie z przeszłością, wspaniałym świecie. To, co cieszy najbardziej, to fakt, iż zewnętrze zmiany w substancji całej osady, są niewielkie i nieinwazyjne. Pojawił się trzygwiazdkowy pensjonat w dawnej wozowni, dwie restauracje i duży sklep, prawie wszystko jednak wykorzystuje dawne, znane mi zabudowania, a jeśli pojawiły się nowe, nie kłują w oczy niedopasowaniem. Show bezapelacyjnie kradnie jednak „Zęza Rediviva”, pieczołowicie zrekonstruowana na podstawie zdjęć dawnej świetności. Kiedy tam wszedłem, zobaczywszy takie same stoły, słynne taborety z dębowych pieńków, zmrużywszy oczy z łatwością przywołałem sceny z przepysznej przeszłości, ich kolory, dźwięki, zapachy, dotyk nawet, całą organoleptykę sprzed tylu lat…

Największa zmiana zaszła na wodzie. W tamtejszej flocie dominują Maxusy, łodzie odległe od poczciwej „Venuski” o dystans Drogi Mlecznej. Mają toaletę z prysznicem, ciepłą wodę, w pełni wyposażoną kuchnię, trzy odrębne kabiny, ogrzewanie… Wchodząc tam, czułem się trochę jak Tytus Chałubiński, porównujący schroniska po galicyjskiej i węgierskiej (podówczas) stronie Tatr, zdziwiony, że te drugie mają „łóżka, piece, drzwi, klamki nawet…”. Dzisiejszy Sztynort to przeszłość w teraźniejszości, konstrukt rzadki i cenny, miejsce tworzone przez pasjonatów, dla których liczą się wszystkie trzy czasy, bo oprócz wymienionych, nie zapominają o przyszłości. A mazurska Północ? Jest wciąż taka sama, uwodząca bogactwem natury, niezeszpecona nadmierną zabudową, przeinwestowaniem, patodeweloperką, betonozą i podobnymi przypadłościami. Jest tak piękna jak niegdyś, więc poświęćmy jej kolejną szantową parafrazę:
Jest cała w żaglach, jak w białej sukience
Przepiękny krąg, który zapiera w piersi dech
Tu mocno ujmiesz los w swoje ręce
I pożeglujesz zasłuchany w fali śpiew…

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie… czwarty wtorek miesiąca

Zaloguj się
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Inwestycje
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour
MP MICE & More
MP Legia Cup
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt
O MeetingPlanner.pl