Tomasz Mlącki: Inflacja, czyli no board, no flights

Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie…  Paragon - fot. Mike Walter / Unsplash
Na zdjęciu: Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie… Paragon - fot. Mike Walter / Unsplash

Radzę dobrze zapiąć pasy, wszystko bowiem wskazuje na to, że tegoroczne lato będzie nader turbulentne. Na niebie i na ziemi. Inflacja w naszym kraju jest jedną z najwyższych w Unii Europejskiej, sytuujemy się niebezpiecznie blisko tak zwanego pudła, z nieuchronną perspektywą awansu.

Przypomina mi się kolega z uniwersyteckich czasów, bardzo zresztą małomówny, który na zajęciach z ekonomii politycznej kapitalizmu (tak, tak – istniał taki przedmiot mający obrzydzać studentom ustrój niesłuszny, choć skutek był odwrotny do zamierzonego, bo wszystko w nim było logiczne i spójne, w odróżnieniu od ekonomii politycznej socjalizmu, gdzie sensu, nawet jeśli ktoś miał po temu benedyktyńską cierpliwość, znaleźć się nie dało) zadał pytanie, na której pozycji w ogólnoświatowym rankingu, a był to rok 1981 sytuował się największy polski bank. Prowadzący zajęcia adiunkt z podejrzliwym błyskiem w oku odparł, że według jego najlepszej wiedzy byłaby to pozycja w okolicach czwartej setki. Milczek w replice rzucił od niechcenia: jak odwrócim tabelę to będzie na czele – po czym zapadł w narracyjny letarg na kolejne tygodnie, w akompaniamencie huraganowego, solidarnego – studentów i wykładowcy, śmiechu. Bardzo chciałbym odwrócić tabelę, abyśby nie byli na czele, ale się nie da, a śmiech jest nie na miejscu. Trzeba było odpowiedzialnie myśleć i działać wcześniej, nie opowiadajac farmazonów o najlepszych gospodarczo czasach od rozbiorów, i przede wszystkim nie przedkładając polityki nad ekonomię, jak to się włodarzom polityki pieniężnej w państwie powstałym z kolan permanentnie zdarzało.  

Galopada cen nakłada się zatem na wyczekiwane przez branżę od dawna pierwsze lato odbicia sobie kiepskich czasów, wolne od covidowych ograniczeń, choć już nie od covidu, co skutkuje pierwszym sezonem neurotycznego serialu grozy – „Polskie paragony”. Mam niedparte wrażenie, niebezpiecznie graniczące z pewnością, że nie ostatnim. Szykuje się hit na lata, z najbardziej wku... widownią między Bugiem a Atlantykiem. Bóg mi zresztą świadkiem, jak bardzo chciałbym się mylić, ale pozostaje mi tylko cytować Szekspira – jak mówią prorocy, dzień zawsze nastaje po najdłuższej nocy. Choć, jak uczy doświadczenie, bywają też noce bezkresne, z wielu zresztą powodów...

Mamy zatem ceny strzelające w kosmos. W hotelach, w parkach rozrywki wszelkiego autoramentu i położenia, ale przede wszystkim w restauracjach. Obiektywnie – trudno mieć do gastronomicznych gestorów pretensje – w sprinterskim tempie rosną ceny paliw i koszty pracy, w branży, która po pandemicznym czyśccu, słusznie niestety, jest uznawana za mało stabilną i perspektywiczną. Nie bez istotnego wpływu pozostaje nieład, nie wiedzieć czemu ładem uporczywie nazywany, wreszcie czas wojenny. Ten niezdrowy miks daje w sumie najbardziej niestabilne środowisko ekonomiczne w Polsce XXI wieku.  

Trudno też mieć pretensje do coraz większej rzeszy turystów, że przechodzą na własny wikt, pichcony w apartamentach z tak zwanymi aneksami kuchennymi, choćby o powierzchni metra kwadratowego, jako że deweloperzy nie ustają w zbożnym dziele minaturyzacji, doskonaląc się w sztuce cudownego pomnażania, lub jeśli ktoś woli bezpośredniość – skarlania bytów mieszkalnych. Nihil novi sub sole – niegdyś jeżdżono na wywczas z, jak się to za moich młodych lat spędzonych w peerelu mówiło, prowiantem własnym. Przyczyna tego stanu rzeczy była co najmniej dwojaka. Po pierwsze restauracyjne ceny, po drugie – szanse na zdobycie czegoś zjadliwego w szczycie urlopowym w sklepach miejscowości turystycznych były w zasadzie matematyczne. Rożnica jest taka, że wtedy pichcono pokątnie, w pokojach, domkach campingowych i pod namiotami. Forma się zmieniła, treść pozostała. Krzepiące to na swój mocno organiczony sposób. Trudno się dziwić, powtórzmy raz jeszcze, bo ceny mamy tego roku bokserskie, jak mawiał Adolf Dymsza, patrząc na wystawy nowojorskiej Fifth Avenue. Działo się to w latach 50., był wtedy czynny na ringu Leszek Drogosz, trzykrotny mistrz Europy, stąd metafora.

No board wypiera zatem full oraz half board, a nawet breakfast, pozostawiając naked bed, choć akurat to brzmi kontekstualnie smakowicie i obiecująco. Nie jest to zresztą rozwiązanie ekspansywne tylko w ojczyźnie. Bagażniki udających się na zagraniczne wczasy w zdecydowanie większej, niż choćby rok temu, mierze, wypełniają się, jakby to elegancko ująć, produktami spożywczymi o długim terminie przydatności do spożycia. Kto swoje nosi, inflacji się nie prosi, kto swoje na stół podaje, inflacji się nie daje, inflacja przy stole, woda w rosole. Wyjedźmy jednak z Częstochowy w szeroki świat, gdzie problem może być co najwyżej z jakimś mającym gorszy dzień celnikiem. Dam przykład z Islandii, gdzie wieki temu, ze względu na szokujące wtedy, choć już nie dziś różnice cen, wwoziliśmy małe co nieco ponad to, co w miejscowych sążnistych deklaracjach wyszczególniono. Wyspa witała nas przepiękną pogodą, więc gdy mytnik ze spiżowym obliczem nakazał otwarcie tylnej klapy, począłem go nerwowo zasypywać klimatycznymi banałami w stylu: what a lovely day today! Facet nie był w ciemię bity, wiedział o co biega, ale miał też chwilowy, jakże dla nas szczęśliwy melanż empatii i poczucia humoru, więc z kpiącym spojrzeniem, świdrując mnie na wylot stalowym wzrokiem, zripostował – „It is the most sunny day here since 200 years, my son”, po czym rozbawiony machnął ręką, ratując nasz skromniutki budżet. Dziękuję, czyli Þakka þér fyrir...

Miejmy jednak nadzieję, że nie czeka nas powrót do nie tak odległej przeszłości, kiedy to nierzadko bywało, iż polski turysta biegał z suchą bagietką w jednej, a konserwą tyrolską w drugiej ręce, w poszukiwaniu kranu ze zdatną do picia, bezpłatną wodą. Ufajmy także, że wspomniany turysta nie będzie miał tu i może nie teraz, ale niezadługo do czynienia z sytuacją, jakiej doświadczyłem w Caracas, kiedy to za niewyszukaną kolację dla dwóch osób w sypiącym się Marriotcie zapłaciłem mniej więcej pół kilo banknotów o najwyższym lokalnym nominale, a następnego dnia musiałbym dorzucić co najmniej pięć deko.

To w skrócie, o tym co na ziemi. A na niebie? Dla tych, których stać na full, half board, czy choćby na bed & breakfast? Tu mamy kolejny serial – „Czy prowadzi nas kontroler” albo „Spokojnie, to tylko pusta wieża”. Naiwnie ucieszyłem się, że PAŻP doszła do porozumienia z kontrolerami i, żeby to ująć, nomen omen, górnolotnie, nasze niebo jest bezpieczne. Pewnie decydenci przypomnieli sobie Fredrę, pomyślałem z rosnącym sercem, przecież figlarny hrabia napisał kiedyś: „Zgoda – zgoda, a Bóg wtedy rękę poda”. Bóg, niebo, wszystko by się zgadzało, wzruszałem się, walcząc ze łzami. Ulgi, rzecz jasna. W szczęśliwym ferworze umknęło mojej ignorancji, że słowa te padły w „Zemście”.
 Nomen, niedpowiedzenie takie, omen... Jak twierdzą kontrolerzy, Polska Agencja Żeglugi Powietrznej wycofała się z ustaleń, więc w wielu przypadkach wakacji może nie być. Instytucja rytualnie, ustami swojej (zap)rzeczniczki gorliwie rzecz neguje, ale po lekcji ostatnich siedmiu lat, kiedy to prawie wszystkie instytucje mojego państwa uniewiarygadniały się z konsekwencją i uporem godnymi lepszej sprawy, jestem skłonny wierzyć raczej stronie społecznej, czyli tym, co na wieży, niż tym, co w gabinetach. Zresztą, jakby nie było, kto ich tam w końcu wie, status no flights jest nam bliższy, niż kiedykolwiek w historii cywilnej nadwiślańskiej awiacji.
Życzmy sobie zatem, obyśmy tego lata bezpieczni, zdrowi i przy godziwej, ponadinflacyjnej kasie byli. Na niebie i na ziemi. Na wodzie zresztą też, bo jak donoszą, wszędzie brakuje ratowników. Rodaku, ratuj się sam...

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie… czwarty wtorek miesiąca

Zaloguj się
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Inwestycje
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour
MP MICE & More
MP Legia Cup
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt
O MeetingPlanner.pl