Tomasz Mlącki: Francja, czyli impresje cz.2

Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie…
Na zdjęciu: Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie…

Ta podróż, wzbierające marzenie od kilku dobrych lat, pieczołowicie planowana, szczegółowo rozpisana, mająca upamiętnić ważną nie tylko dla mnie rocznicę, miała się odbyć w 2020 roku. Okrągły jubileusz, okrągła data, na papierze wyglądało to perfekcyjnie. Cóż, rzeczywistość, jak często, zbyt często ma to w zwyczaju, upiornie zaskrzeczała, częstując świat pandemią. Zatem nie było szans, jak z uroczym zaśpiewem powiedział pewien podlaski kierowca po spożyciu, kiedy wysiadł z samochodu, zatrzymanego wbrew jego woli na drzewie. Pełny cytat należy dopełnić frazą – Nosiło i nosiło…, a potem jak wyżej. Pasuje jak ulał, skonstatowałem, poza spożyciem… Zaczęło nas ponownie nosić w tym roku. Co się odwlekło, nie uciekło, jak to w znanym porzekadle prawi mądrość ludowa. Dotrwaliśmy i dotarliśmy nad Loarę, Ren, Rodan i Sekwanę z dwuletnim, niezawinionym poślizgiem, w który, w trakcie paru tysięcy intensywnie przejechanych kilometrów, na szczęście nie wpadliśmy.

Chętnie się podzielę garścią letnich impresji. Merytorycznych, metafizycznych, choć słuszniej byłoby rzec synkretycznych, aby owo powracające, co daj Boże, do normalności podróżnicze spektrum opisać. Bowiem impresja to jedno z najbardziej francuskich słów, zawierające nieskończoność doznań, bezmiar emocji, uczuć, wrażeń, czasem narkotyczny wręcz afekt, egzaltację w tercecie z ekscytacją i emfazą, słowem wszystko, a może i więcej. Przecież Francja zachwyca ilością i jakością rozlicznych atrakcji – historycznych, architektonicznych, kulturalnych, naturalnych, jest niewyczerpywalną kopalnią zachwytu, metafizycznego minerału, dobywanego w świecie całym, ale jakże nierównomiernie, niesprawiedliwie rzec by się chciało, skumulowanego w kilku szczęśliwych krajach, a we Francji nader sowicie i szczodrze. Zostawmy jednak highlighty – numery z pierwszej dziesiątki rankingów atrakcyjności – Paryż, Wersal i zamki nad Loarą, aby przybliżyć te mniej znane i rzadziej odwiedzane. Oto obiecana szczypta, bez hierarchii, subiektywna, jak wszystko co ludzkie, co przecież nie może być nam obce… 

Impresja gastronomiczna
Francja to raj dla sybarytów, a szczególnie takich, co to cenią dobrą kuchnię w towarzystwie równie dobrych win. To wiedza powszechna, solidnie uzasadniona. Nigdzie na świecie nie znajdziecie tylu restauracji obdarzonych rekomendacjami i gwiazdkami Michelina, ani tylu, co w lokalnym przewodniku Gault & Millau. To literalnie tysiące lokali tej klasy i nie trzeba dysponować grubym portfelem, aby z usług tej gastronomicznej superligi skorzystać. Najtańszy jednogwiazdkowy Michelin na naszej trasie, w alzackim Ruiquewihr, to wydatek rzędu 60 euro za 5-daniowe menu degustacyjne, plus napoje rzecz jasna. Te z żółtego przewodnika są w zasięgu już za 25-30 euro, za 3-daniowe menu. Set menu w zwykłej, turystycznej restauracji, lunchowe lub kolacyjne, najczęściej składające się z przystawki, dania głównego i deseru, to bardzo dobra opcja na solidny, sycący posiłek za relatywnie nieduże pieniądze. Najtaniej było w Dordonii, gdzie wystarczało 15 euro, ale średnia to 18-20 euro, woda w cenie, house wine – jak to we Francji, prawie w cenie wody, czyli za grosze. Żyć, nie umierać, od stołu nie wstawać. Tamtejsze paragony nie zieją grozą, a nieuniknione postcovidowe podwyżki nie sięgają naszych procenowych wartości. Polecam rozliczne sałaty, omlet z truflami a także asiette anglias – melanż różności, zgromadzownych na jednym talerzu, takie francuskie tapas pod gości z Albionu. Najlepsze jadłem w maleńkim górskim schronisku w Kanionie Verdon, którego restauracja klasą potraw i inwencją szefa kuchni dorównywała niejednej ze wspomnianych przewodników. Trzeba się jednak przyzwyczaić do sztywnych godzin ich otwarcia. Lunch – od 12 do 14, kolacja od 18/19 do 21. Poza tymi godzinami są nieczynne albo serwuje się napoje, naleśniki i desery. Dla mięsożerców zostają fast foody albo, niesłusznie – bo co kraj to obyczaj, pomstowania na brak elastyczności. Rzecz jest w istocie w czymś innym, tam szanuje się po prostu ludzką pracę, dając obsłudze czas na odpoczynek, a gości stymuluje do planowania dnia, z korzyścią dla obu stron. Dla Polaka, kształtowanego od szokowej reformy pana B. w noeliberalnym kulcie klienta, gdzie wszelkie sklepy, restauracje i punkty usługowe powinny być czynne 26 godzin na dobę przez osiem dni w tygodniu, to niezrozumiałe i nieakceptowalne. Bywa, że słychać sarkania w mowie Kochanowskiego, okraszone litanią przecinków, iż – cytuję: „tym żabojadom się w głowach poprzewracało”. Jakże to smutne i żałosne, że ciągle tak wielu rodaków chce widzieć w świecie kopię ojczyzny, postrzegając jako zagrożenie, to co jest szansą. Na inne spojrzenie, progres, oświecenie, wyjście poza chatę, co to z kraja. Granice ich świata są obmurowane resentymentem, fobią i pogardą skrywającymi strach przed innym i Innym.

Impresja alpejska
To chyba najbardziej emocjonująca, z tych dostępnych przeciętnemu turyście, europejska podróż. Dwadzieścia minut jazdy, z jedną przesiadką, w trakcie której pokonujemy prawie  trzy tysiące metrów różnicy wysokości. Mowa tu o kolejce linowej z Chamonix na szczyt Aguille du Midi – 3842 m npm. Adrenalinę podnosi przede wszystki drugi odcinek, poprowadzony jednym śmiałym rzutem, prawie bez podpór, kiedy to wagonik, poruszając się niemalże w pionie, dobija do peronu stacji szczytowej, w akompaniamencie okrzyków zachwytu i przestrachu podróżnych. Tamtejsza infrastruktura, imponujące założenie kompleksu szczytowego, budzi podziw dla odwagi projektantów i determinacji budowniczych. Jest tam kilka tarasów widokowych, kompleks gastronomiczny, obserwatorium naukowe, ekspozycja edukacyjna, co pozwala spędzić na szczycie nawet cały dzień. Niesamowity w swoim dramatyzmie, rozległości i różnorodności jest widok, w tym na najwyższy szczyt Starego Kontynentu – Mont Blanc. Ten prospekt ma magnetyczną moc, szczególnie gdy trafimy na tak zwane morze chmur, zjawisko utrzymujące ich pułap ponad alpejskimi dolinami, na wysokości mniej więcej dwóch tysięcy metrów, kiedy to czterotysięczniki wyrastają z obłoków niczym wyspy, dając efekt narkotycznego wręcz zachwytu, niepohamowanego podziwu, z którym chyba żadne pióro świata sobie nie poradzi. Ja się w każdym razie poddaję, zalecając po prostu przyjazd i napawanie się nim na miejscu, do woli. Poza wspomnianym widokiem absolutnym hitem jest Panoramic Mont Blanc. Te dwusobowe kabinki, spięte po trzy, poruszające się na linie między Aguille du Midi a włoskim Punta Helbronner dają szansę na bliski kontakt, niemalże na wyciągnięcie ręki, z majestatycznymi alpejskimi lodowcami. Radzę się pośpieszyć, bowiem wjazd na te prawie cztery tysiace metrów ma też poważny, edukacyjny, pesymistyczny niestety wymiar. Lodowce w antropocenie, w konsekwencji bezmyślnych działań i ekologicznych zaniechań naszego gatunku, nikną z zastraszającym tempie, giną po prostu. Poniżej trzech tysięcy metrów po gigantycznych, jak choćby nieodległe Mer de Glace, jęzorach lodowych nie ma już śladu. Zostały gołe, wyrzeźbione potęgą tysiącletnich, przepięknych w palecie barw mas lodu, koryta skalne. Zdjęcia sprzed ledwie 20 – 30 lat nie dają rozumnemu człowiekowi cienia wątpliwości, co, a raczej kto za to odpowiada. To widok bardzo, w kontraście do opisywanego powyżej, smutny, pozbawiony nadziei, depresyjny. Śpieszmy się zatem oglądać lodowce...     

Impresja teatralna
Polecam także zamek w Tanlay, renesansową perełkę położoną w sercu Burgundii. Miejsce solidnie osadzone w historii, niegdyś należące do rodu Colignych, prominentnych protestantów, którzy, jak zapewne wielu z historii pamięta, zapłacili najwyższą cenę za marzenia o tolerancji, tracąc w noc św. Bartłomieja hugenockiego przywódcę – admirała Gaspara II de Coligny, zaszlachtowanego przez totalitarnych na wskroś katolików, bo przecież nie chrześcijan. Notabene – warto zobaczyć satyryczne freski w wieży, gdzie odbywały się tajne narady antypapistów. Przyjechałem na pół godziny przed zamknięciem muzeum, mogłem wejść już tylko do ogrodów, wnętrza zostawiając na dzień następny. Byłem w nich zresztą jedynym gościem. Niespodziewana szczodrość kończącego się dnia, pomyślałem, snując się leniwie wokół zamku dorównującego urodą tym najpiękniejszym znad Loary. Nagle, niczym spod ziemi, przy energetyzujących dźwiękach muzyki, pojawiły się postaci w kostiumach, pochłonięte gestykulacją, mimiką, ruchem i recytacją. Teatralna trupa zaczynała właśnie próbę przed jutrzejszym spektaklem. Mieli uczciwą nadzieję, że ostatni zwiedzający wyszli już z zamkowego parku, ja zaś nie miałem najmniejszej nadziei na to, że za moment będzie mi dane odbyć swoistą podróż w czasie. Zobaczyłem w cieniu wiekowych platanów niewielką scenę, profesjonalną reżyserkę dźwięku i światła oraz około 200 krzeseł, wszystko w orzeźwiającym chłodzie monumentalnych drzew. Tanlay to gmina licząca nieco ponad tysiąc mieszkańców, a artyści przygotowywali się do dwóch przedstawień – „Snu nocy letniej” w piątek i „Cyrana de Bergerac” w sobotę. Takich wędrownych zespołów, jeżdżących, niczym za czasów Moliera, od zamku do pałacu, od pałacu do placu, od placu do parku, wszędzie gdzie tylko można się zainstalować i grać, jest we Francji wiele, krążą w sezonie letnim po kraju, wystawiając przeważnie klasykę, zarażają entuzjazmem i pasją do teatru. Ci, których spotkałem, grali pod jakże stosowną nazwą – „Theatre de plein-air” – dla widzów, jak sami piszą – od 7 do 107 lat, krążąc już siódmy sezon po burgundzkiej prowincji, częstując wszystkich uśmiechem i refleksją, dając radość i wzruszenie, sól teatru, którym, co konstatuję z radością, Francja fundamentalnie stoi...   

Impresja alzacka
To była ostatnia noc na francuskiej ziemi, w niewielkiej wsi w pobliżu niemieckiej granicy, tak aby nazajutrz jednym rzutem dotrzeć do Warszawy. Czteropokojowy pensjonat, dopiero co odrestaurowane dwustuletnie cacuszko, gdzie zadbano o każdy szczegół, w tym tak wyjątkowy i niespotykany w tej wielkości obiekcie jak winda! Finis coronat opus. To łacińskie przysłowie nigdy nie było tak aktualne w moim podróżniczym życiu. To był ostatni akcent, ostatnia usługa, szczęśliwie nie posługa, w toku tych trzech tygodni, o których powiedzieć, że były intensywne, to nic nie powiedzieć. Wczesnym rankiem zeszliśmy na śniadanie i oniemieliśmy. Na stole poza tradycyjną alzacką porcją serów i wędlin, klasycznie francuskimi croissantami oraz innymi słodkościami, stała obrotowa taca wielkości największej pizzy, jaką tylko można sobie wyobrazić, pełna miniaturowych słoiczków z dżemami. Naliczyłem 32 rodzaje. Wszelkie lokalne i importowane owoce, wszystkie przyrządzane na miejscu przez gospodynię, wszystkie do ewentualnego zakupu w większych opakowaniach. Aby godziwie i sumiennie podejść do sprawy, trzeba byłoby śniadać przez trzy godziny. Tak czy inaczej, były przepyszne. Lata temu, w telewizji uczciwie wtedy zwanej publiczną, w ramach porannego bloku programowego opowiadałem kilka razy o różnych destynacjach w kontekście kulinarnym. Kiedy prowadząca zapytała mnie o klasyczne gastronomiczne skojarzenie z Francją, doznałem ataku pomroczności jasnej z tremą w duecie. Rozpaczliwie szukając ratunku, wypaliłem – małe francuskie śniadanko. Jak widać po latach dopadła mnie klątwa antytezy, udowadniając tym sposobem, że stereotyp szkodzi. W życiu nie jadłem większego, sensu largo, porannego posiłku, nawet rozliczne pięcigwiazdkowe bufety na kilku kontynentach nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jak ten karny szereg różnokolorowych skarbnic smaku, ostatnie, jakże oryginalne potwierdzenie przebogactwa Francji.     

Chłonęliśmy jej zasobną rozmaitość wszystkimi zmysłami, głodni wrażeń tylko pozornie przelotnych, co w pamięć najbardziej wewnętrzną zapadają po kres. I po to przede wszystkim warto tam przyjechać, bowiem francuskie chwile chętnie trwają, mają niezaprzeczalną moc, zniewalający smak artystycznej klasy grand cru, misterny urok estetycznego gwiazdozbioru, są sublimacją istoty życia, impresji właśnie, tyleż cenniejszej, gdy wcześniej nieznana, nieoczywista, niespodziana po prostu. Od impresji jest blisko do iluminacji. To również bardzo francuskie słowo, bowiem stamtąd poczęto oświecać Europę i świat, czego do dziś dogmatyczni, czy raczej betonowi konserwatyści nie są w stanie Mariannie wybaczyć, wydalając z siebie wątpliwe enuncjacje – na przykład o widelcach, czy inne filipiki frustratów. Radzę przyjechać, zobaczyć, ocenić uczciwie kulturalny, architektoniczny, cywilizacyjny dorobek tego kraju, dogłębnie rzecz porównać, skonstatować to, co oczywiste, a nie pogrążać się w mrokach erudycyjnego i erystycznego średniowiecza. Więc, żeby zacytować bon mot nieodżałowanego pana Paździocha, w genialnej interpretacji Ryszarda Kotysa, mam całkowicie w dupie, kiedy i skąd te widelce tam dotarły. Czymże są bowiem w obliczu tamtejszych wspaniałości...  

Zobacz też: Francja, czyli impresje cz. 1

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie… czwarty wtorek miesiąca

Zaloguj się
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Inwestycje
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour
MP MICE & More
MP Legia Cup
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt
O MeetingPlanner.pl