Tomasz Mlącki: Kanał, czyli musi być zimno

Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie… fot. Clay Banks / Unsplash
Na zdjęciu: Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie… fot. Clay Banks / Unsplash

Dawno nie byłem w Kotlinie Kłodzkiej. Kilka długich lat. Mam wielki sentyment do tej okolicy, ciągle są tam miejsca przeze mnie nieodkryte, niezdeptane szlaki, szczególnie w najdzikszym jej zakątku – Górach Bialskich i Masywie Śnieżnika. Z niemałym wysiłkiem wygospodarowałem kilka dni na górską włóczęgę pod koniec października i zacząłem się rozglądać za noclegiem. Wysłałem maila do hotelu, w którym lata temu było mi przezacnie, cierpliwie czekając, bo czas w Kotlinie ma inną niż warszawski przemienność, na odpowiedź. Nadeszła, jak to mawiają za Kanałem, sooner than expected, i dała efekt, nomen omen, mrożący w swej lapidarności. Oto ona w cytacie wiernym, czyli expressis verbis.        

Dzień dobry,
Dziękujemy za wiadomość. Prosimy o kontakt bliżej terminu przyjazdu, ponieważ jeszcze nie wiemy, czy będziemy w stanie ogrzać budynek...
Podpis i dane adresowe, z oczywistych przyczyn, zachowuję do wiadomości własnej.

Poczułem się trochę jak Newton, chociaż on, szczęściarz, dostał w głowę jadalnym w końcu jabłkiem, a ja czymś niesmacznie niematerialnym, ale co do zasady rzecz się zgadza. Chodzi bowiem o przestrzeń między teorią a praktyką. Słyszymy o energetycznych kłopotach co dzień, ale póki co, w dużych miastach ich nie odczuwamy. A tu proszę, a jednak się ziębi… Daleki jestem wszelako od żartów, bo nadchodząca zima będzie kolejnym testem prawdy dla naszej niemiłosiernie poharatanej przez pandemię branży, szczególnie dla obiektów położonych poza dużymi skupiskami, gdzieś, jak to za Kanałem mawiają, in the middle of nowhere. Góry, lasy, pojezierza, pomorza i pogórza to pola potyczek o przetrwanie. Niepolskich takich, przynajmniej w teorii. Całkiem nieheroicznych, bez podniosłych słów na sztandarach i patosu na ustach, raczej z przekleństwem cedzonym zza zaciśniętych po kres wytrzymałości zębów.  

Jedno jest poza sporem. Opału, sensu largo, czyli węgla, gazu, drewna, energii elektrycznej i innych dla wszystkich nie wystarczy, więc rynek, jak to się w ekonomicznym żargonie sucho ujmuje, zaimplementuje jedną ze swoich najbrutalniejszych reguł. Duży popyt, mała podaż – równowagę zapewnią podwyżki cen, wyrażone w setkach, oby zresztą tylko, procent. Bezwzględnie i bezapelacyjnie. Uporządkujmy podstawowe fakty. Węgla, którego jak zapewniali najwyżsi urzędnicy w państwie mamy zapasy na 200 a nawet 800 lat, braknie tej zimy w wymiarze kilku milionów ton. Interwencyjne zakupy na rynkach światowych idą kiepsko, wiele wskazuje na to, że daliśmy się ubiec konkurencji, która dała więcej i szybciej. Jeśli już coś do nas dopłynie, jest nader marnej jakości, jak indonezyjski miał z mułem w melanżu albo kolumbijski węgiel o niskiej wydajności energetycznej. Rozważa się mieszanie surowca lepszej jakości z odpadami z przykopalnianych hałd. Magazyny gazu, choć prawie pełne, starczą na ledwie półtora miesiąca. Gazociąg „Baltic Pipe”, sławiony przez rządzących jako doskonałe narzędzie uniezależnienia się od rosyjskiego paliwa, będzie, wszystko na to wskazuje, pracował na ćwierć gwizdka, bo nie zapewniono dlań wystarczających dostaw. Tu też ktoś nas ubiegł, a premier za oczywisty falstart swoich podwładnych odpowiedzialnością obarcza… norweskie firmy, z emfatycznym oburzeniem piętnując nordyków jako spekulantów, a proponowane ceny jako chore.

Pod dostatkiem mamy jedynie zapewnień, że wszystko jest pod kontrolą. Możemy zanucić: Nic się nie stanie, Polacy nic się nie stanie… Mamy też wysyp dobrych rad, w tym tej najcenniejszej, bo od najważniejszego człowieka w państwie, aby palić, czym popadnie, czytaj wszelkimi śmieciami, nie dbając o zabójczy smog. Wszystkim, no może poza oponami, praeses dixit. Znając rodaków, nie byłbym taki pewien, czy opony nie zapłoną w moim mieście, na przykład w Alejach Ujazdowskich, na Wiejskiej, albo na Żoliborzu. W końcu idzie zima, a w zimie musi być zimno, jak mawiał klasyk, w pamiętnym obrazie nakręconym w czasach, kiedy polityce wydawało się, że wygra z ekonomią. Polak jak zmarznięty, to zły, i radę tę twórczo rozwinąć może w kolejnym kryterium ulicznym, a w nich przecież jesteśmy mistrzami świata. Festiwal kuriozów jest zresztą nieustannie otwarty. Minister klimatu na przykład głosi, że temperatura 17 stopni w domu jest znośna i zdrowa. Dla jednych znośna, dla innych będzie przedsionkiem do ciężkiej infekcji. Ludzie są różni, mają różną odporność i potrzeby, nieznośne są natomiast próby uniformizacji jednostek, wtłaczanych siłą w aprioryczne sztance.  

Nieznośna jest też natrętna narracja, że co złego to nie my, ta wszechogarniająca propaganda wiecznego sukcesu, podawana na przysłowiowych już paskach, że za wszystko co uwiera i boli odpowiadają (kolejność czasem się zmienia) Tusk, Unia, Rosja i Niemcy. Ta klasyczna w technikach perswazyjnych metoda odwracania narracji, w obliczu szokowego dysonansu poznawczego, coraz większego rozziewu między lukrowanym przekazem i nagimi faktami, przestaje jednakowoż działać, co odzwierciedlają sondaże. Sztandarowy slogan: „co się nie da, jak się da”, zacina się immanentnie. Mści się archaiczna polityka energetyczna, brak inwestycji w odnawialne źródła energii, irracjonalna niechęć do atomu, kapitulancka postawa wobec górniczego lobby. Trwa pospieszna obława na kozła ofiarnego, na razie posadę stracił dyrektor kopalni w Bogdance, bo nie umiał nagiąć mizernej rzeczywistości do odrealnionych planów. Na Nowogrodzkiej trwają frakcyjne zawody w przerzucaniu winy na politycznych adwersarzy, pod dywanem kotłuje się jak nigdy dotąd, bo widmo wyborczej klęski potężnieje. Powieszczmy zatem trochę. Ciemno wszędzie, zimno wszędzie, co to będzie, co to będzie… Zmiana będzie, kto nie wierzy, ten jest w błędzie…

Wróćmy na nasze branżowe podwórko. Ceny energii i ogrzewania to zaledwie jeden, fakt że najpoważniejszy, gwóźdź do turystycznej trumny. Nie dla wszystkich podmiotów, to oczywiste, idzie tu  o skalę zapaści. Ile przetrwa, ile padnie? Well farewell, jak mawiają za Kanałem. Na kolejne tarcze liczyć nie można, nie ma na nie pieniędzy. Z hoteli, restauracji i innych firm odpłynęły rzesze wyszkolonych ludzi, słusznie postrzegając turystykę jako niebezpieczną przystań na trudne czasy. Ceny dostaw drastycznie wzrosły. Inflacja niepodzielnie rządzi w portfelach Polaków, redukując znacząco weekendowe wyjazdy, wyjścia do restauracji i innych atrakcji. Kto wytrzyma nieuniknione, gigantyczne podwyżki? Firmy będą padać jedna po drugiej, jak zgodnie twierdzą eksperci. Najwybitniejszy ubiegłowieczny polityk z Wyspy za Kanałem mówił niegdyś, że rządzonych czekają krew, pot i łzy. To był jednak mąż stanu, a takich teraz jak na lekarstwo. Lekarstwem za to w XXI wieku ma być pozytywny PR. Co nam pozostaje? Chyba już tylko wiara w znany mit, o Feniksie, co to się podniósł z popiołów, choć pamiętajmy, że tychże, ze względu na węglowe niedobory, będzie znacznie mniej, więc i reinkarnacja nie może być okazała.  

To w skali całego kraju, a lokalnie, na północnym wschodzie, pozostaje wiara w to, że z wielką pompą otwarty kanał podniesie turystykę na Zalewie Wiślanym, bo poza jachtami, w drodze do kopernikańskiego Fromborka czy słynnego Kanału Elbląskiego, żadne cięższe jednostki na te płycizny nie wejdą, przynajmniej do czasu, kiedy nie pogłębi się toru wodnego do Elbląga. Staje się, jak widać naszą narodową specjalnością oddawanie inwestycji niedokończonych infrastrukturalnie. A to gazociąg bez dostaw, a to kanał kończący się na mieliźnie. Niepokojąca tendencja. W trakcie przywołanej ceremonii najwyższy rangą urzędnik w państwie mówił, że: „Nie chodzi o to, czy będą tu mogły przepływać największe statki. Od tego mamy inne porty. Chodzi o to, aby symbolicznie ta droga była otwarta”. No comment, jak mawiają za Kanałem, symbolicznie rzecz jasna… 

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie… czwarty wtorek miesiąca

Zaloguj się
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Inwestycje
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour
MP MICE & More
MP Legia Cup
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt
O MeetingPlanner.pl