Tomasz Mlącki: Papeteria, czyli o wadze słowa

Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie… fot. Diana Light / Unsplash
Na zdjęciu: Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie… fot. Diana Light / Unsplash

Zwykle tego nie robię. To znaczy nie zaglądam do szuflady biurka w hotelowym pokoju. Przeważnie jest pusta, co najwyżej można tam znaleźć niezbędnik do szycia albo egzemplarz Biblii. Prosta harmonia świata materii i ducha. Można zacerować odzież albo załatać duszę. Na szczęście nie miałem dotąd, przynajmniej w podróży, takiej potrzeby. Nie miałem jej też wtedy, kiedy w jednym z najpiękniejszych polskich miast, niedużym, zaszczycającym listę UNESCO World Heritage, odczułem przemożną chęć chwycenia za gałkę. Imperatyw chwili, racjonalnie niewytłumaczalny, emocjonalnie nieodparty. Pociągnąłem, mebel z lekkim skrzypieniem poddał się mojej woli, roztaczając woń wiekowego drewna. Wewnątrz nie było Pisma ani igieł, ale w głębi, wciśnięta w róg, tkwiły kartka i koperta. Niemożliwe, pomyślałem, czyżby to była papeteria, rzecz tak w dzisiejszych czasach rzadka, jak składy pełne węgla?
 
A jednak, trzymałem w ręku elegancką kartkę formatu A-5, na kredowym papierze, z nazwą hotelu, liczbą gwiazdek, adresem i telefonem. Do tego koperta, z gustownym logo. Wszystko nieco pożółkłe, bo któż w dzisiejszych zdigitalizowanych do obrzydliwości czasach sięga po pióro, kreśląc list, starannie zalepiając kopertę, aby zdeponować na kilka dni swoje myśli, pragnienia i żale na poczcie, ofrankowując je zgodnie z obowiązującą taryfą. Poczułem się prawie jak Indiana Jones, wpatrujący się w niezwykle cenny artefakt, powściągając jedocześnie chęć otwarcia ust w naśladownictwie Harrisona Forda, dla którego ów gest jest znakiem rozpoznawczym niedocenionego do tej pory Oskarem aktorstwa.
 
Hotelowe papiery firmowe były wraz z naklejkami na walizki dystynktywnym wyznacznikiem podróżniczej dumy. Pisywano do bliskich, do partnerów w interesach, do wszystkich, których chciano olśnić atrakcyjnością miejsca, pochwalić się kolejnym klejnotem w globtroterskiej koronie. Pisywano zatem sporo, z prawdziwej potrzeby, lub nieco mniejszej, przelewano na papier słowa pasjami, fraza była rozbudowana, nie wypadało zbyć adresata kilkoma zdaniami. Od tego były pocztówki, ale i na nich powstawały prawdziwe arcydzieła turystycznej narracji. Dawniej zresztą ludzie ważyli słowa zdecydowanie ostrożniej niż teraz, i dotyczyło to nie tylko hotelowej korespondencji. Słowo pisane na papierze zobowiązuje bowiem bardziej, wymaga odpowiedzialności i namysłu, bo kreślić przecież nie wypada. Raz wysłane, cofnąć się nie da. Używano słów obficie, obszernie objaśniając świat, jakby w pokorze dla jego złożoności oraz, last but not least, napawając się własną kronikarską biegłością. Świeczka i ogarek świeciły zgodnie jasnym płomieniem.
 
Kilkanaście lat temu papeterie zaczęły zanikać, dotychczasowe nakłady się wyczerpały, nowych nie dodrukowywano, co z punktu widzenia ekonomii było sensowne, ale zmiana, która zaszła, miała charakter fundamentalny, słowo bowiem coraz częściej zaczęło wyprzedzać myśl. Rewolucyjna dostępność i prostota elektronicznej formy epistolarnej, błyskawiczny obieg korespondencji, spowodowały, co nieuniknione, galopujący wyścig za klikalnością, skutkujący patologiczną kondensacją przekazu, jej pauperyzacją intelektualną oraz agresywnością treści. Punktem zwrotnym nie był e-mail, który można uznać za oczywistego, nieinwazyjnego następcę tradycyjnej formy listownej korespondencji, ale media społecznościowe. Zuckerberg wygłosił kiedyś znamienne słowa, które zdefiniowały ów kopernikański przewrót semantyczny: maile są zbyt wolne, zbyt długie – cytuję z pamięci. Poczęto zatem wciskać wolne z natury myśli w sztywny gorset form, stworzonych na polecenie ludzi traktujących czas utylitarnie, uważających obszerność wywodu za jego stratę, wierzących z infantylnym uporem, iż złożoność rzeczywistości da się upchnąć w sztancę kilkudziesięciu lub kilkuset znaków. To był gigantyczny biznesowy sukces, jako że ludzi wierzących, że zwięźlej znaczy mądrzej, iż można błyskawicznie uzyskać proste odpowiedzi na trudne pytania, i nie zaprzątać sobie głowy powtarzaniem sokratejskiego „wiem, że nic nie wiem”, bo tak jest łatwiej, lżej i przyjemniej, mamy zdecydowaną większość.   
 
W niecałe 20 lat od powstania Facebooka i Twittera poziom wszelkiej debaty publicznej jest żałośnie bliski dna. Ktoś powie, to tylko narzędzia, kto mógł wiedzieć, że tak będą wykorzystane, ale ja tak dziecinnego tłumaczenia nie kupuję. Nie powstały przecież na odległej planecie wśród Klingonów ani innych Obcych, zostały stworzone przez wybitnych bezsprzecznie przedstawiciel i homo sapiens, świadomych bagażu historii i wad gatunku, dla zwykłych zjadaczy chleba, będących nader często owego bagażu i wad nosicielami.

Jeśli przeanalizuje się ewolucję języka i estetyki, choćby Twittera w ciągu ostatnich lat, włosy stają dęba. Ilekroć tam zaglądam, mam wrażenie, iż wchodzę w szambo. Po szyję, choć nieco wcześniej nurzałem się ledwie po kolana. Ćwierkanie polega na twórczym uprawianiu szerokiego spektrum między docinaniem a dopierdalaniem, z wahadłem zdecydowanie wychylonym w stronę tej drugiej metody. Słowa ściekają z ekranów, intensywnie epatując kloaczną wonią, na razie metaforycznie, ale znając nasz gatunek, mogę stwierdzić z przekonaniem graniczącym z pewnością, iż niedaleki jest czas, kiedy inżynierowie, najpierw dusz, a potem ci sensu stricte, zadbają o odbiór wszystkimi zmysłami. Hunwejbini wszelkiej maści z radością taplają się w owych lingwistycznych ekskrementach, licytując się na poziomy chamstwa, bijąc z dnia na dzień rekordy arogancji, wydawałoby się już niebotycznie wyśrubowane. Błyskotliwość jest stale mylona z bezczelnością, a prostota z prostactwem. Dla uczciwości trzeba dodać, że istnieje mniejszość, starająca się ćwierkać z klasą, debatować na poziomie, stosując elegancką, choć bezpośrednią aforystykę, hołdując sile argumentu, ale to wysepki w oceanie miłośników filologicznego kija bejsbolowego, aspirujących i spełnionych wyznawców argumentu siły. Zgroza.
 
Wydawałoby się, że nic gorszego nie może owego medium spotkać. Nic bardziej mylnego. Od kilku miesięcy świat elektryzuje wieść o bliskim przejęciu Twittera za, bagatela, 44 miliardy dolarów, przez samego Elona Muska, który na początek chce wyrzucić z pracy 75 proc. personelu, czytaj moderatorów, starających się nad tą stajnią Augiasza panować, a to wszystko w myśl nieograniczania wolności słowa! Mrożek z Ionesco by tego nie wymyślili. Co ciekawe, człowiek, dla którego Mars is the limit, zaczął się ostatnio stroić, na wspomnianych łamach właśnie, w szaty geopolityka, proponując światu plan pokojowy dla Ukrainy, zupełnie po myśli Rosji zresztą. W skrócie, jeden z najbogatszych, a wkrótce, po przejęciu TT, najbardziej wpływowych ludzi świata, proponuje taki deal – robimy referendum, dzielimy terytoria według wyników, a potem wreszcie mamy business as usual. Proponować referendum, tam i teraz, po tym co się stało, po tych wszystkich ofiarach i bestialstwach, po pseudo referendach wreszcie? Lenin, gdyby jakimś cudem się dowiedział, ustanowiłby ekstraklasę pożytecznych idiotów, na razie z jednym wpisem. Ci niezaprzeczalni biznesowi geniusze z krzemowego grajdołka bywają drażniący, uważając, ze światem można skutecznie zarządzać jak firmą. Jak na rasowych nerdów przystało, grzeszą modelowym egocentryzmem, autorytarnym z natury, skutecznie przesłaniającym złożoność świata. Ktoś powie – śmieszne, wygłupił się. Niestety, to nie tak, EM ma miliony followersów na TT, chodzi w aureoli wizjonera, o boskiej niemalże proweniencji, marsjańskie baśnie świetnie się sprzedają wizerunkowo, niedługo to narzędzie będzie tylko jego. Uwaga – chciał zrobić sondę w sieci, badając poparcie dla tego planu. W końcu to uczyni, niekoniecznie w tej właśnie sprawie, uzyska gigabajty lajków, powie, że vox populi, vox dei, że dziesiątki milionów (to on) zadowolonych i zmanipulowanych ignorantów (to moja glosa), nie mogą nie mieć racji i będziemy mieli narodziny najdoskonalszej i najstraszliwszej formy populizmu, bezpośredniej demokracji usieciowionej… To przecież pozorny altruista z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością, w czasie i budżecie. Niedawno stwierdził, że nie może dalej finansować starlinków, które odgrywają kluczową dla powodzenia ukraińskich działań wojennych rolę. Chodziło o ledwie kilkaset milionów dolarów, na waciki przy tej skali biznesu i majątku… Po medialnej burzy wycofał się z pomysłu, uzyskawszy zapewne rządowe gwarancje finansowe.
 
Ad rem jednak, jak przywoływano mówców do porządku w Rzymie. Droga od papeterii do Muska i zagrożeń przyszłości wydaje się na pozór kuriozalna i bardzo odległa. Rzecz jednak w tym, jak traktujemy słowa, na ile jesteśmy za nie odpowiedzialni, na ile spłaszczanie i ukrócanie debaty infekuje nasze postrzeganie świata, czy jesteśmy w stanie uwierzyć, że szybciej znaczy lepiej? Mniej słów to większe niebezpieczeństwo manipulacji, strzeżmy się więc tych, co nawołują do ich ograniczania, do anihilacji wartościowej polemiki, do chodzenia na skróty, bez względu na to, czy czynią to z mównicy wiecowej, parlamentarnej lub wirtualnej. Ergo – różnica między słowem z papeterii a tym z Twittera jest taka, jak między gastronomią a gastroskopią. Fundamentalna, w smaku i komforcie…
 
P.S. Stowarzyszenie Zmarłych Felietonistów powiększyło swoje szeregi. Odszedł Jerzy Urban. Zwięzłość w obliczu śmierci jest akurat cnotą, więc napiszę tak – jako polityk błądził, jako publicysta błyszczał. Nie napiszę „requiescat in pace”, bo spokoju nie cierpiał, ale jego pióra wielu będzie brakować.

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie… czwarty wtorek miesiąca

Zaloguj się
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Inwestycje
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour
MP MICE & More
MP Legia Cup
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt
O MeetingPlanner.pl