Tomasz Mlącki: Ględźba, czyli Polska od może do nie może

Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie… zdjęcie - przewodniki: Aneta Esz / Pixabay
Na zdjęciu: Tomasz Mlącki w cyklu felietonów Metafizycznie, merytorycznie… zdjęcie - przewodniki: Aneta Esz / Pixabay

Mamy przerwę, świąteczno-noworoczną, jak donoszą dobrze poinformowani. Przerwę w najsłynniejszym objazdowym spektaklu w naszym kraju.

Pewien bardzo znany, niewysoki starszy pan w znoszonych butach, czarnym, niedbale inkrustowanym łupieżem garniturze, coraz bardziej nieradzący sobie z otyłością, krąży po Polsce gminnej, powiatowej, wojewódzkiej, nie zapominając o wielkomiejskiej. Sceneria w tym przeraźliwie sztampowym, politycznym na wskroś teatrze jest wszędzie taka sama, jakby ją ze sobą wożono, panicznie bojąc się odstępstw. Setki policjantów, z których uprzednio ogołocono ulice i posterunki, zwartym kordonem otacza budynek, w którym pomieszczono scenę i widownię. Wstęp tylko dla wybranych, przesianych, wysortowanych. Ci lepszego – wchodzą, sort gorszy nie może liczyć na prestiżową akredytację. Widownia jest zatem jednością – myśli, słów i czynów. Z tych ostatnich na plan pierwszy wysuwają się oklaski. Frenetyczne, burzliwe. Bolą od nich ręce (klaszczących) i głowa (tych co rzecz obserwują z dystansu, przy pomocy skąpych relacji medialnych). Scenopis jest prościutki – owacje, procesyjne wscenostąpienie, w fotelu usadzenie, po czym następuje długi, mamrotliwie mantrujący monolog. Zgarbiony wykonawca monodramu, z rzadka przerywanego życzliwymi pytaniami, wpatrzony przeważnie w mikrofon i w czubki butów, snuje opowieść o swoim świecie. Teatr jednego, immanentnie odklejonego od rzeczywistości aktora i multum klakierów, jakże zachłannie wchodzących w kostiumy wyznawców. Wieczny wiec poparcia, w wielu odsłonach.
 
Naczelny Narrator stosuje szeroką paletę perswazyjnych środków wyrazu. Napomina, radzi, straszy, nawet bawi – nader często można jednak odnieść wrażenie, że przede wszystkim siebie. Twarz mu wtedy jaśnieje, w oczach pełgają ogniki, choć pewien rym od niesłusznie zapomnianej posłanki Beger wydaje się być tu celniejszy, nierzadko można usłyszeć kompulsywny rechot. W końcu, jak mawiał niezapomniany Majster (Jan Kobuszewski) ze skeczu Stanisława Tyma – „wszystkie co i raz lubią się pośmiać...” Zaraz jednak dodawał: „ale było i koniec, a tera, kto się zacznie śmiać, ten dostanie w ryj...” Wypisz, wymaluj – mutatis, mutandis, bo te pogadanki szybko śmieszyć przestają. Ględzenie staje się nieprzyjemne, nietolerancyjne, nienawistne. Napominanie przechodzi w drwinę, ta niebezpiecznie szybko przekształca się w stygmatyzację i groźbę. To w gruncie rzeczy pączkujący, niczym głowy hydry, katalog tego, co w mniemaniu mówcy czynić tu i teraz można, a czego nie. Zwierciadło duszy. Szczodra szczerość. Multiplikujący się z gospodarskiej wizyty na wizytę dekalog à rebours. Lista myśli, słów i czynów, co to wciąż niespełnionego zbawcę kraju, nerwowo konstatującego nieubłagany upływ czasu w parze z oporem materii, ukontentują zasłużoną polityczną emeryturą.  
 
Garść prezentowanych myśli. Kobieta do 25 roku życia nie może dawać w szyję, bo to źle wpływa na dzietność. Polska młodzież nie może ulegać zachodnim wpływom, bo liczba 12-letnich lesbijek wzrośnie wykładniczo. Nie może też zbyt często siedzieć w smarfonach (tak w oryginale), bo w głowach się jej od nadmiernej okcydentalizacji poprzewraca, co skończyć się może najazdem Genderu na Polskę, niczym Mordoru na Śródziemie. Polska może być w Unii, ale nie może respektować jej reguł, może podpisać jakikolwiek traktat, ale może też w dowolnej chwili ogłosić, że jego przestrzeganie koliduje z suwerennością. W ogóle nie może zaakceptować czegokolwiek trwale, może za to demolować prawo krajowe i międzynarodowe, aby niemożliwe stało się możliwym, a trwałe ulotnym. Prezes może być w Wiedniu, ale nie może mieć innych wspomnień niż z kina z literą „p” na początku określającego go przymiotnika. Można być w Wiedniu i nie zachować w pamięci Kunsthistorisches Museum, Hofburga i Schoenbrunnu? Można! Nie można za to oddać władzy, a ewentualnie przegrane wybory na pewno będą sfałszowane, więc nie można zostawić komisji wyborczych bez swoich ludzi. Można za to zlikwidować (organizacyjnie, mentalnie, a może fizycznie?) opozycję. Republika Federalna Niemiec może przelać 6 bilionów złotych tytułem odszkodowawczym za wojenne szkody, nie może jednak wysyłać swojego uzbrojenia tam, gdzie uzna za właściwe, aby wojennych szkód nie przybywało. Ramy tekstu nie pozwalają, choć pióro świerzbi, na kontynuację owej zawstydzającej wyliczanki.
 
Prezesowe credo szerokim medialnym frontem idzie przez świat. Od Brisbane po Vancouver, od Kapsztadu po Nordkapp rozliczne agencje prasowe wiernie kolportują myśli głęboko tkwiące w przeszłości, nasycone resentymentem, dziewiętnastowiecznym rozumieniem patriotyzmu, fobiami i lękiem przed postępem, zaklinające rzeczywistość w ubiegłowieczny gorset, obficie epatujące lękiem przez światem, który nie chce się im kłaniać, zamykające kraj w skorupie, która z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, z wyziębionym już niestety wewnętrznym ogniem. Owe wizje przypominają dystopijną groteskę z „Owocilpos” (Soplicowo wspak) zainscenizowaną przez Piotra Cieplaka kilka lat temu w Teatrze Narodowym. Odgrodzony od reszty świata spłachetek zaludniony przez szare, apatyczne postaci, celebrujące dziwne rytuały, odszczekujące się sąsiadom przez płot, zza którego owo kuriozum obserwują roześmiani, kolorowi młodzi ludzie, z aparatami fotograficznymi w ręku. Świat o tym wie, skrupulatnie informuje, uczciwie oddzielając fakty od komentarzy. Bezlitosnych dla budowniczego cywilizacyjnego skansenu.  
 
To sprawa osobista, trudno mi to zdzierżyć. Prawie 20 lat temu, w przededniu unijnej akcesji, wyjeżdżając do krajów na zachód od nas, po to, by zachęcić do przyjazdu do Polski, przekonywałem, że na wschodzie zaszła zmiana. Zdzierałem zelówki i gardło, by przekonać klientów, ludzi po prostu, że jest tu normalnie, że powodem, dla którego powinni do nas wysyłać grupy i eventy jest nie tylko nasza nowoczesna infrastruktura, ale takież społeczeństwo, że spotkają tam ludzi tolerancyjnych, otwartych i życzliwych. Musiałem kruszyć stereotypy, burzyć mity, cierpliwie perswadować, stykając się nierzadko z niedowierzaniem, wyższością, kipilingowskim z ducha paternalizmem. Nie było łatwo, swoista niewiara, supozycja, że wciąż jesteśmy inni, nieprzewidywalnie nieprzystawalni, wisiała w powietrzu, a ja uporczywie edukowałem, będąc ucieleśnionym optymizmem. A teraz – starszy pan z cynicznym uśmieszkiem na ustach, w akompaniamencie rechotu, słyszanego w całym świecie, burzy tak pracowicie formowany wizerunek. Jeśli któryś z moich ówczesnych interlokutorów/ek czytał cytowane niedorzeczności, miał pełne prawo pomyśleć, że ten uparty Polak z początku wieku nie miał jednak racji, a on/ona tak. Że wciąż odstajemy od Europy, i niewiele się zmieniło od 1898 roku, kiedy to Kazimierz Przerwa-Tetmajer opublikował w tygodniku „Życie”, pod pseudonimem „Szyldkret”, słusznie obawiając się infamii i ostracyzmu,  poniższe strofy, zatytułowane „PATRYOTA”    
 
W zdrowem ciele zdrowa dusza!
Hoc! Hoc! Hopsa! tylko śmiało!
Jeszcze Polska nie zginęła!
Co się stało, to się stało!
Jak Bóg da, to odbierzewa!
Hulaj dusza bez kontusza!
Kto nie z nami, to hołota!
Huha! Vivat »patryota«!
 
Rozum, wiedza, talent, praca
U nas, bratku, nie popłaca!
Postęp i cywilizacya
W kąt gdzie wchodzi do gry nacya!
I »guanem« wnet dostanie
Kto nie z nami, mocium panie.
Bo jest jedna tylko cnota,
Byś był, wasze, »patryota«!
Możesz kpem być i cymbałem,
Możesz dureń być siarczysty:
Byleś z mocą i zapałem
Kraj miłował macierzysty!
Co się stało, odstać może!
Jedno, drugie, trzecie morze...
 
Huha! Hopsa! Każdą nową
Myśl witamy krzyżem pańskim —
Precz z geniuszem Europy
Farmazońskim i szatańskim!
My o jedno tylko szlemy
Modły k’ niebu z naszej chaty:
By nam buty mogły śmierdzieć,
Jak śmierdziały przed stu laty...
 
Gdzieś tam jakiś Francuz wściekł się —
Bęc! Już sterczy na indeksie!
Ojciec święty siedzi w Rzymie,
Na plebanii ksiądz Walenty —
Wara, chłystku, mi tu wnosić
Swoje »ludzkie dokumenty«!
Londyn, Berlin i Warszawa
Niech ci krzyczy: sława! sława!
Chociaż wiem, jak ci zależy,
Abyś u mnie był przyjęty,
Ja ci domu nie otworzę,
Nie dla takiej on hołoty!
U mnie w duszy cnota leży —
Vivat skromność »patryoty«!
 
Hoc ha! Hopsa! Byle zdrowo,
Zdrowa dusza — zdrowe ciało!
Niechaj śmierdzi, jak śmierdziało,
Byle tylko narodowo!
Wolę polskie ..... w polu,
Niż fiołki w Neapolu!
Swojsko, polsko, po naszemu,
Hoc! Hoc! Hopsa! Tak, jak wtedy
Gdy nas naprzód tłukły Szwedy,
Potem Niemcy i Moskale —
Hoc! Hoc! Hopsa! Doskonale!
Po swojemu! Po staremu!
Lepiej dostać w łeb w kontuszu,
Niż we fraku natrzeć uszu!
Niechaj żyje stara cnota!
Daj nam dalej kisnąć Boże!
Jedno, drugie, trzecie morze —
Vivat »prawy patryota«!...

Zakończmy retorycznie. Czy Polska w Nowym, najważniejszym od 1989, Roku może sobie na to pozwolić?

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie… czwarty wtorek miesiąca

Zaloguj się
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Inwestycje
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour
MP MICE & More
MP Legia Cup
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt
O MeetingPlanner.pl