Tomasz Mlącki: Styczeń cudów, czyli skok do szafy

Przyrzekłem sobie noworocznie, że choć ten jeden, jedyny raz nie będę komentował pierwszych stron gazet, ale premierowy miesiąc roku obfituje w cuda tak niebywałe, w znaczeniu kolokwialnym rzecz jasna, nieuchronnie stawiając człowieka przed kategorycznym imperatywem publicystycznym, więc chcąc nie chcąc, przynajmniej kilka ocenię.
 
Cud pierwszy. Budapeszt to miasto na wskroś magiczne, nie chodzi jednak o niezaprzeczalny powab tkanki historyczno-architektoniczno-kulturowej, ale o swoisty rys transcendentny. Ponad dziesięć lat temu w Warszawie wyrażano chęć zaimportowania politycznego ducha węgierskiej stolicy, pokrzykując w kampanii wyborczej o naddunajskim grodzie nad Wisłą. Nie udało się, na szczęście. Teraz w Budapeszcie słychać coraz donośniej o chęci odwrócenia kierunku. Oby się powiodło, nic bowiem tak nie wyjaławia społeczeństw, jak polityczny monopol. 16 lat wystarczy. Victator - ennyi elég volt, köszönöm. Wróćmy jednak do cudu styczniowego. Wspominane miasto ma bowiem niebywałą zdolność metamorfozy niewybitnych jednostek, przemieniając tchórzy w bohaterów. Otóż były szef resortu o szlachetnie brzmiącej nazwie, który owo ministerstwo wypełniał przez długich osiem lat zgoła nieszlachetnym działaniem, mając obecnie w ojczyźnie na karku urząd prokuratorski i niechybny proces o defraudację środków publicznych, a dowody są tu twarde jak rzadko kiedy, mimo wcześniejszych buńczucznych obietnic przedłożył gulasz ponad bigos, prosząc o polityczny przytułek w mateczniku tak zwanej nieliberalnej demokracji. Wiadomo – Polak, Węgier dwa bratanki, do azylu i do szklanki, bo poza wszystkim wino tam mają niezgorsze. Ekwilibrystykę decyzyjną eksminister motywował stanem praworządności nad Wisłą, insynuując, że gorszy on teraz niż za konającej komuny, siebie zaś porównując do herosów ruchu solidarnościowego. Ze względu na piramidalność absurdu przyzwoitym ludziom ręce opadają. No comments. Cóż, czasy marne, „bohater” takiż, co to twardo poszedł w miękiszony. 
 
Cud drugi wydarzył się dalej, zaoceanicznie. Ogłoszono, z wielką pompą i zadęciem, powstanie nowego podmiotu prawa międzynarodowego – Rady Pokoju, w zamierzeniu niezwykle sprawczej alternatywy dla pogrążanej w atrofii ONZ. Świat pod tą egidą ma być, błyskawicznie rzecz jasna, lepszy, piękniejszy i wspanialszy, bo Rada w mig wszelkim konfliktom w zarodku zaradzi. Pomysłodawca, urzędujący prezydent USA, zaprosił do tak moralnie, cnotliwie i etycznie brzmiącego grona znanych miłośników i pragmatyków pokoju, jak Putin czy Łukaszenka, nie odżegnując się także od licznych zamordystów i konformistycznych kunktatorów, w tym wspomnianego budapeszteńskiego, uzupełniwszy skład o zięcia i swoich biznesowych kolegów. Doborowe towarzystwo, bez dwóch zdań. Wszelako nie ma nic za darmo, więc za przyjemność obracania się w tak elitarnym gronie trzeba zapłacić. Słono. Miliard dolarów per capita. Nie sposób uwolnić się tu od deja vu, Trump wielekroć pomstował na Narody Zjednoczone, bo amerykańskie fee było, w zgodzie z zasadą proporcjonalności, wysokie. Wyszła jednak składka z worka, okazało się bowiem, że nie chodzi o pieniądze, ale o to, kto je liczy. Płacę – psioczę, pobieram – promienieję. Kolejny przykład kreatywnej monetyzacji stosunków międzynarodowych. Kto ma olej w chłodnej głowie i trzeźwego węża w kieszeni, ten stoi z boku, dystansując się, jak kraje prawdziwie demokratyczne. Lgną zaś przeważnie banici, politycy prestiżowo niedowartościowani lub w kłopocie sondażowym oraz wasalni nowicjusze. Przy okazji wydarzył się na naszym podwórku cud, rzec można, uzupełniający. Zaproszony do Rady prezydent RP zwrócił się do rządu, z którym przecież nie zwykł do tej pory polityki zagranicznej kiedykolwiek konsultować, o placet i pieniądze, konstatując, jak najbardziej konstytucyjnie tym razem, swoją w tym względzie podległość i bezradność. Butne słowa nie zastąpią przecież budżetu, bo ten leży w gestii ministra finansów. Podróż do Canossy się nie udała, brak bowiem w skarbie przestrzeni na takie fanaberie. Nie ma Rady…    
 
Cud trzeci to pojawienie się rynku najbardziej prestiżowych nagród z drugiej ręki. W podzięce za rzekome, bo przecież po porwaniu Maduro przy władzy pozostali jego akolici, uwolnienie kraju od dyktatury, wenezuelska laureatka pokojowego Nobla przekazała medal i dyplom człowiekowi, który tak bardzo go pożądał, pozostając, wszakże gniewnie niezaspokojonym. Trump ów pozłacany second hand z szerokim uśmiechem przyjął, zaś Komitet Noblowski zareagował ostrym oświadczeniem, że materialne wyrazy nagrody nie są tożsame z jej istotą, czyli ową niezręczną drugoręczność bezlitośnie wypunktował. Nie wszystko jest na tym świecie, póki co, do podarowania. Forma treści nie zastąpi. Rzec można, iż wenezuelski dar norweskiej proweniencji został ofiarowany jako wotum. Separatum, z perspektywy Oslo patrząc. Za moich młodych lat adresy noblowskich wotów bywały o niebo, nomen omen, stosowniejsze, jak tego przekazanego przez Lecha Wałęsę. Jasna Góra niegdyś, Biały Dom teraz. Przynajmniej kolor zbliżony.
 
Cud czwarty, póki co niedokonany, ale waszyngtońskie wróble intensywnie ćwierkają, że w styczniu, najdalej w lutym, Kongres ma przegłosować akt prawny przemianowujący stołeczny międzynarodowy port lotniczy, teraz imienia Johna Fostera Dullesa, wpływowego sekretarza stanu w czasach zimnej wojny. Jak się ma nazywać najważniejsze lotnisko nad Potomakiem już wkrótce? Pytanie retoryczne. Mniejszy, stołeczny port lotniczy nosi imię Ronalda Reagana, więc tu rozpychać się, republikaninowi w końcu, po prostu nie wypada. Skoro są zakusy na lotnisko, proponuję pójść o krok dalej i przemianować najpotężniejszy i najnowszy atomowy lotniskowiec świata, ostatnio skutecznie odstraszający w pobliżu Wenezueli, „Gerald R. Ford”. 38. prezydent Stanów Zjednoczonych służył w US Navy w stopniu porucznika, 47. lokator Białego Domu nie ma co prawda żadnej militarnej karty, był bowiem jak większość dzieci amerykańskich elit skutecznie wyreklamowany w czasie wojny wietnamskiej, w której to walczyli głównie synowie farmerów z Nebraski i robotników z Pensylwanii, ale nic to, jak pisał ku pokrzepieniu polski klasyk. Drobiazg i didaskalia. Można też pójść, przepraszam, popłynąć albo wręcz odlecieć, tak, te słowa zdecydowanie bardziej tu pasują, jeszcze dalej i przemianować pozostałe dziesięć tego typu jednostek. W ten sposób powstanie bardzo spójna nomenklaturowo flota, począwszy od „Donald J. Trump I”, po „Donald J. Trump XI”. Wszak miłość własna niecierpliwa jest, nienasycona jest.
 
Wreszcie cud piąty, publicystyczny. Tabuny komentatorów i ekspertów z uporem godnym zdecydowanie lepszej sprawy szukają pasjami metody w tym amerykańskim szaleństwie, węsząc ukryty porządek w oczywistym chaosie, na wyprzódki brnąc w sofizmaty i sylogizmy, nie chcąc zobaczyć, że król jest nagi, a raczej bezładny ze sporą domieszką bezczelności. Groteska w tych elaboratach miesza się z grozą, a galimatias treściowy analiz dorównuje mętlikowi opisywanej rzeczywistości. W przyszłości niejeden doktorat się tym pożywi.    
 
Miałem odpocząć od geopolityki, więc zastopuję, choć rezerwuar cudów zdaje się być niewyczerpany. Cud kolejny, jakże wyczekiwany przez dramatycznie topniejące grono fanów dyscypliny nie wydarzył się, niestety, w polskich skokach narciarskich, pogrążonych od co najmniej dwóch lat w permanentnym kryzysie. W 2023 roku, przy okazji konkursu Pucharu Świata w Lake Placid pisałem o jego nabrzmiewających symptomach. Nie jest intencją tego tekstu pławienie się w Schadenfreude, ani złośliwa konstatacja – a nie mówiłem, ale czas najwyższy zdjąć taryfę ulgową i zadać kilka zasadniczych pytań osobie za ten stan rzeczy najbardziej odpowiedzialnej, przez minionych 10 lat zarządzającej strategią szkolenia swoich następców. To właśnie Adam Małysz, jedna z najbardziej ikonicznych postaci polskiego sportu, otoczony zasłużonym szacunkiem, graniczącym wręcz z kultem, wieloletni dyrektor sportowy i prezes PZN, powinien wreszcie szczerze, bez uciekania w ogólniki, myślenie życzeniowe i propagandę sukcesu, podawane w formie sympatycznej gawędy, jak to ma w zwyczaju, dokonać rachunku sumienia działacza i podjąć stosowne, oczywiste decyzje.  
 
Do tej pory bowiem winnych braku sukcesów szukano, żeby użyć wojskowego porównania, na pierwszej linii frontu, pretensje kierując do trenerów kadry, którzy jakoby nie zapewniali wymiany pokoleń. Prawie nikt nie odważył się na wskazanie sztabowców, czyli decydentów stojących w hierarchii najwyżej, strategów, których zadaniem było stworzenie spójnego systemu transmisji talentów od juniora do seniora. Skoki, dzięki oszałamiającym sukcesom Małysza, miały w kraju status narodowego srebra najwyższej próby. Z takim nazwiskiem można było pozyskać dowolne niemalże środki na budowę kompleksu szkoleniowego z prawdziwego zdarzenia, według najlepszych wzorów, choćby tych austriackich, dających corocznie napływ licznych talentów. Zatriumfowała jednak filozofia teraźniejszości wsparta pragmatyką „jakośtobędzizmu”, która trzeba przyznać długo dawała efekt, dopóki pokolenie Kamila Stocha, absolutnie wyjątkowe zresztą, było w stanie udźwignąć ciężar oczekiwań. Cóż, mistrzowie się sportowo zestarzeli, a sztafeta pokoleń? Kilka talentów (Stękała, Ziobro) po drodze pogubiono, zaś juniorom, temu najcenniejszemu zasobowi jutra, nie zapewniono odpowiednich warunków i motywacji. 
 
Ich trenerzy żalili się publicznie, że muszą wozić własnymi samochodami chłopców i dziewczęta ze skoczni nieprzygotowanych, na przykład zakopiańskich Krokwi, na najbliższą dostępną – do Szczyrku. Wybitnie perspektywiczni zawodnicy zmuszeni byli do dorabiania jako kelnerzy, bowiem królewskie apanaże dostępne były tylko dla kilku elitariuszy. Jak można szlifować talent między podawaniem kwaśnicy i pieczeni baraniej? Ostatnio nawet siostrzeniec czterokrotnego zdobywcy Pucharu Świata oznajmił, że wiesza narty na kołku. Doczekał się riposty wujka, że słyszał odeń o braku motywacji. Tego już młody góral nie zdzierżył i zarzucił publicznie krewniakowi mijanie się z prawdą, mówiąc o braku warunków i środków, jako czynniku decydującym, czego mistrz nawet nie skomentował. Unik, ucieczka, nie pierwszy to zresztą raz. Kiedy Alexander Stoeckl, jeden z najwybitniejszych czynnych szkoleniowców, po kilku miesiącach sprawowania funkcji dyrektora sportowego w PZN rzucił papierami, nie mogąc się porozumieć co do istoty swojej funkcji, Małysz nabrał wody w usta na wiele dni, potem zaś problem zbywał niedostosowaniem się Austriaka do polskiej specyfiki, czym mimo woli dotknął jądra problemu. Tu są bowiem narty pogrzebane. Spójny system przegrywał z kompulsywną improwizacją, więc trudno się doprawdy wieloletniemu trenerowi norweskiej kadry dziwić, że za pracę w takich warunkach podziękował. Idźmy dalej. Kobiecych skoków praktycznie pod Tatrami nie ma. Do mistrzostw Polski przystąpiły trzy zawodniczki oraz jedna Słowaczka. Wszystkie, już przed startem miały zagwarantowane medale. Kuriozum, to za mało powiedziane… 
 
Jeśli prezesa pytano o sprawy trudne, nader delikatnie zresztą, prowadząc klasyczne wywiady na kolanach, więc nie doczekawszy się odpowiedzi, nie drążono, pozwalając mistrzowi prowadzić ulubioną optymistyczną narrację, że rychło będzie dobrze i złote czasy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki powrócą, w co głęboko wierzy. Winny był zawsze kolejny trener, tak się składa, że przez kilka najbardziej obfitujących w sukcesy sezonów, obcokrajowiec. W roku olimpijskim postawiono więc na, jak to mawiano w czasach elekcyjnych, Piasta, motywując decyzję chemią relacji z zawodnikami. Pojawił się optymizm, podbudowany letnimi zwycięstwami i trzecim miejscem duetów w słabiej obsadzonym, z absencją kilku zawodników światowej czołówki, konkursie w Zakopanem. Ciężar narodowej nadziei złożono na osiemnastoletnie barki Kacpra Tomasiaka, regularnie punktującego w pierwszej i drugiej dziesiątce Pucharu Świata. Potem jednak nadeszła katastrofa w parze z kompromitacją, których to byłem naocznym świadkiem na mistrzostwach świata w lotach w Oberstdorfie. Z czterech zawodników tylko jeden dostał się do finałowych serii konkursu indywidualnego. Przepadł, między innymi, żegnający się z karierą Kamil Stoch, któremu w zastępstwie tam nieobecnych, a niegdyś wypełniających tłumnie stadion kibiców z Polski, urządzili huczną owację Niemcy, jak swojemu.
 Zieeeh – dopingował chłopaka z Zębu cały stadion, „king Kamil” – krzyczał spiker, a mnie zakołatała w duszy parafraza – że jednak może być Niemiec Polakowi bratem.
Danke schoen Oberstdorf! Honoru dyscypliny dzielnie bronił, lądując ostatecznie na 15. miejscu, prawie czterdziestoletni Piotr Żyła. W konkursie drużynowym zajęliśmy ósme, ostatnie w drugiej serii miejsce. Gdyby nie rozpaczliwie słaba dyspozycja Amerykanów, mogłoby być jeszcze gorzej, czekałoby nas miejsce dziewiąte, przed Kazachami. Jestem więc, podobnie jak nieliczni i praktycznie niedostrzegalni na stadionie Polacy, solidnie wkurzony i oczekuję wyjaśnień, a buńczuczne zapewnienia trenera i prezesa, że jedziemy na Igrzyska Olimpijskie do Cortiny bić się o medale, wkładam między klechdy domowe. Przecież jeden Tomasiak, choć życzmy mu jak najlepiej, a przede wszystkim, aby nie spotkał go los licznych zmarnowanych talentów z przeszłości, zimą wiosny nie uczyni.   
 
Panie prezesie, jak to się stało, że mając tyle lat złoty róg narciarskiej obfitości, zostaliśmy jeno ze sznurem? Jakim cudem zmarnowano taki potencjał, roztrwoniono kredyt zaufania, zawodników i kibiców, przespano czas dobry, licząc, że trwać będzie wiecznie, wspierając się mickiewiczowskim duchem: Stoch na belkę wsiędzie i, po wiek wieków, jakoś to będzie? Pamiętam, jak po wygraniu Turnieju Czterech Skoczni mówiono, z przymrużeniem oka i wielką, należną mistrzowi sympatią i uznaniem, że schował się pan przed dziennikarzami do szafy. Proszę, dla dobra dyscypliny, którą pan tak rozsławił, z niej wyjść i zdobyć się na szczerość. Najpóźniej po olimpiadzie. Jest pan to nam winien. Sobie zresztą też. 
 
Panuje dość powszechne, przedziwne w mojej opinii przeświadczenie, że jeśli ktoś dobrze biegał, skakał, jeździł czy grał, będzie równie dobrze zarządzał, tworzył strategie, stanowił prawo etc. Innymi słowy, że sukces jest wieczny, niezależnie od kontekstu. Tak to niestety nie działa, potrzebne są zasadniczo różne kompetencje, sama wola zwycięstwa nie wystarczy, a nazwisko nie jest gwarancją wszelkiej pomyślności. Ta wiara, spojona z wdrukowywaną nam mentalną kalką, iż pomników, ikon i świętości szargać nie należy, powoduje, że trwamy w marazmie dłużej niż inne, bardziej racjonalnie ukierunkowane nacje, chętnie moszcząc się w snie srebrnym. Oniryczność jest zdradliwa, wciąga jak narkotyk. Najwyższy czas się przebudzić, bo inaczej będziemy mogli poniewczasie paradoksalnie gorzko podśpiewywać to, co w Oberstdorfie nucił radośnie cały stadion – 
Que sera, sera, whatever will be, will be, the future’s not our to see, que sera, sera…
 Komu nie podoba się kosmopolityczna piosenka Doris Day, może użyć swojskiej frazy fredrowskiej – „Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba”. Ewentualnie – najcelniej – jak to w Alpach Algawskich mantrują – gruss gott, bo chyba już tylko na szczęście od Boga możemy w tej niegdyś narodowej dyscyplinie, dumie lat 2000. liczyć. Amen?
Tomasz Mlącki, Oberstdorf 26.01.2026

Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie… czwarty wtorek miesiąca
   

Zaloguj się
Informacje
Branża
Personalia
Realizacje
Otwarcia
Obiekty
Catering
Technologie
Transport
Artykuły
Wywiady
Felietony
Publicystyka
Raport
Prawo
Biblioteka
Incentive travel
Prawo
MP Professionals
Galeria Eventów
Ogłoszenia
Przetargi
Praca
Wydarzenia
Galeria
Wyszukiwarka obiektów
Nasze projekty
MP Power Awards©
MP Fast Date©
MP MICE Tour©
MP MICE & More©
MP Impact©
Nasza oferta
Reklama i promocja
Content marketing
Wydarzenia
Konkurs
Webinary
Studio kreatywne
O nas
Polityka prywatności
Grupa odbiorcza
Social media
Kontakt
O MeetingPlanner.pl