Michał Maciątek: Chciejstwa Maciata
Ubiegły rok był dla mnie kolejnym, nowym doświadczeniem. Pracowałem dla własnych klientów, dla agencji polskich oraz międzynarodowych. Mogłem obserwować różne podejścia do prowadzenia projektów, zarządzania budżetami czy po prostu relacji klient – agencja – dostawcy. Z tego oraz po prostu z lat obserwacji branży powstała lista moich prywatnych, z idealnego świata, „chciejstw”. Nie zawsze udaje mi się wszystkie z nich stosować, ale staram się… Bo gdzieś wierzę, że wciąż możemy lepiej – robić, działać, współpracować.
Dlatego chciałbym…
… by ekipy techniczne na eventach miały zapewnione jedzenie, a nie jak to często bywa, że jest to pozycja, która wywołuje zdziwienie u klientów; tak, wiem, często ci ludzi otrzymują diety od swoich pracodawców, ale skoro jest catering to te kilkanaście osób więcej do wyżywienia nie zrobi specjalnie różnicy;
… by ekipy techniczne mogły wyspać się przed realizacją i po niej w godnych warunkach; by nie słyszały od klientów, że oni to maksymalnie mogą spać w 3* hotelu
… by klienci nie spóźniali się na próby lub spotkania umówione z agencją, bo przecież było coś ważnego jeszcze do zrobienia;
… by agencje nie pracowały za oficjalne 5 – 7 proc. prowizji, bo przecież więcej to już nie przejdzie w dziale zakupów. Czyli po prostu normalnie dostawać wynagrodzenie za wykonaną pracę;
… by agencje mówiły głośno „hola, hola, ale czy zapłaciliście za ten pomysł? Bo jak nie, to my nie chcemy tego widzieć”, gdy klient chce im pokazać kreację przygotowaną przez konkurencję z informacją – „to my chcemy taką scenę/takie hasło/taki KV, jak tutaj, ale wy nam zróbcie cały event”
… by klienci też wykonali jakąś pracę przed przetargiem i dokonali świadomego wyboru kilku a nie kilkunastu podmiotów, które zapraszają do przetargu; dając przy tym jasne kryteria wyboru;
… by klienci nie wysyłali briefu i nie szli potem na urlop. Jako kreatywni/producenci, by przygotować właściwą ofertę, potrzebujemy zwykle odpowiedzi na pytania zaraz po przeczytaniu briefu, a nie dzień/dwa przed wysłaniem oferty;
… by terminy złożenia ofert nie były na poniedziałki… tak wiem, przecież w weekend można jeszcze dopieścić ofertę…
… byśmy jako agencje nie uważali, że my wiemy lepiej, czego chce klient. Rozmawiajmy, wsłuchujmy się w potrzeby i znajdźmy najlepsze rozwiązanie. Traktujmy się jak partnerzy, niekoniecznie wrzeszcząc na całe biuro „Raaaanyyy, jaki ten klient głupi!!!! Co on znowu wymyślił!”;
… by zarówno klienci, jak i agencje nie gubili faktur (tu nadzieja w KSEF – ta wymówka raczej zniknie) i byśmy wszyscy pilnowali terminów płatności, na które się umówiliśmy;
… byśmy jako agencje dawali znać dostawcom, jeśli temat, który wycenialiśmy, jednak spadł,
… byśmy jako agencje i klienci pamiętali o podziękowaniu tym, którzy pracują na „zadiodziu”;
… byśmy przestali używać w negocjacjach z dostawcami sformułowania „słuchaj, odrobisz na następnym projekcie” – oni też mają rachunki do popłacenia, a my nie mamy gwarancji, że akurat przy tym „kolejnym projekcie” będziemy mogli zapłacić więcej;
… byśmy jako agencje i klienci pamiętali, że bez podwykonawców nie byłoby sukcesu;
… byśmy nauczyli się zostawiać ewentualny syf z życia prywatnego czy biurowego poza światem pracy;
… po prostu byśmy siebie i przestrzeń dookoła szanowali.
Dla wielu z nas praca w eventach to coś wybitnie wspaniałego i nie wyobrażamy sobie, by robić coś innego w życiu. Nawet jeśli wpadliśmy do tej branży na chwilę (ja dałem sobie 7 lat… a tu już ćwierć wieku strzeliło). To tu czujemy sprawczość tak niezbędną w samostanowieniu i spełnieniu. Wierzę, że jeśli zastosujemy wszyscy chociaż część z tych „chciejstw”, to nasze projekty będą lepsze, będzie mniej frustracji i na końcu będziemy po prostu lepszymi i spokojniejszymi ludźmi. A tego w tym popieprzonym świecie potrzebujmy najbardziej.
Autor: Michał Maciątek
Produkcją i kreacją eventów oraz akcji non-standardowych zajmuje się od 25 lat. Jest jurorem konkursu „Kreatywny Roku Branży Eventowej”.