Grzegorz Kieniksman: Na festiwalu nie chodzi o to, żeby być. Chodzi o to, żeby wygrać
Sezon zimowych festiwali dobiegł końca. Letnie już czekają za rogiem. A ja wracam do tematu szybciej niż się spodziewałem. W ciągu kilku miesięcy wydarzyło się coś znacznie ciekawszego niż tylko zmiana scenografii z letniej na zimową. Zmieniło się zachowanie uczestników, zwłaszcza tych między 20. a 30. rokiem życia, czyli grupy, o którą od lat walczą marki i sponsorzy.
Kiedyś festiwal to była prosta formuła: scena, koncert, piwo, kolejny koncert i filozoficzne rozmowy do rana. Dziś to przestrzeń doświadczeń i współistnienia ludzi, emocji i sztuki. Na scenę wkracza sztuka wizualna. Instalacje, scenografie, projekty artystyczne nie są już dekoracją. Uczestnicy chcą stać się częścią przestrzeni, którą współtworzył znany artysta. Wspomnienia powstają równolegle w głowie i w galerii zdjęć. Fotka w takim otoczeniu staje się kolekcjonerskim artefaktem, do którego wraca się latami.
Festiwal to doświadczenie, które kosztuje. Karnet, transport, nocleg, jedzenie. Nagle robi się z tego budżet małej podróży. Dla wielu młodych ludzi to duży wydatek. A skoro płaci się dużo, to i oczekiwania są duże.
I tu zaczynają się schody dla festiwalowych marek. Publiczność widziała już wszystko: baseny z kulkami, dmuchane flamingi, gigantyczne zjeżdżalnie. Dziś to za mało. Strefa marki musi wpasować się w współistnienie ludzi, sztuki i emocji. Taras z widokiem na scenę, warsztat kreatywny, artystyczna instalacja. Sprawdzają się też twórcy internetowi, którzy stają się przewodnikami między artystą, marką a publicznością.
Nie zapominajmy o przyziemnych sprawach: dobra mapa wydarzenia, bidon z wodą, peleryna przeciwdeszczowa. Te drobne elementy pokazują, że marka rozumie rytm festiwalu i potrzeby uczestników.
Kluczowy dziś jest również kontekst społeczny. Coraz częściej mówi się o epidemii samotności wśród młodych ludzi. Cyfrowo połączeni, emocjonalnie odłączeni. Festiwale działają jak antidotum. To przestrzeń, w której można przeżyć coś prawdziwego z innymi młodymi ludźmi. Chwila, kiedy kilka tysięcy osób oddycha w tym samym rytmie, nabiera ogromnej wartości.
Marki, które to rozumieją, zaczynają grać w zupełnie inną grę. Można wydać miliony, postawić imponującą konstrukcję i wrócić z poczuciem dobrze wykonanej pracy. Albo zrobić coś, o czym ludzie będą mówić latami. Coś, co łączy sztukę, społeczność i doświadczenie.
Festiwal przestał być miejscem „bycia”. Stał się areną, w której doświadczenia, sztuka i współistnienie tworzą emocje, a wygrywają ci, którzy rozumieją rytm młodych ludzi.