Tomasz Mlącki: Raj utracony, czyli turystyka i podpalacze
„Polityka, jeżeli długo się nią zajmować, paczy, korumpuje umysł. Cechuje ją ekspansywność, żarłoczność. Chce wszystko sobie podporządkować, objąć, zagarnąć. Chce wszędzie przeniknąć. Jest destrukcyjna jak narkotyk”. Ta gorzka, przenikliwa myśl Ryszarda Kapuścińskiego nie daje o sobie zapomnieć. Nigdy, choć w dzisiejszych czasach, gdy połączymy ją ze słynną frazą autorstwa Carla von Clausewitza konstatującego, że wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami, przygnębia szczególnie dojmująco.
Atak USA i Izraela na Iran to drugi akt końca porządku świata w jakim przywykliśmy żyć. Aktem pierwszym była, i wciąż jest, rosyjska napaść na Ukrainę. Wobec obu agresji świat jest bezsilny, mogąc jedynie obserwować destrukcję systemu ustalonego po drugiej wojnie światowej, w którym to dominował pokój, synonim porządku opartego o strach przed globalnym konfliktem, na krawędzi którego dziś bezsprzecznie stoimy. Wolno już bowiem wszystko, jeśli tylko odpowiednio rzecz opakować medialnie i sprzedać wizerunkowo. Zabija się ludzi dla zabawy i nie jest to ocena, czy interpretacja faktów, lecz prosty i bezpośredni cytat z materiałów propagandowych Białego Domu, gdzie bezsensowną śmierć prawie stu irańskich marynarzy w ataku na praktycznie nieuzbrojoną fregatę, niezagrażającą w żadnym stopniu amerykańskiej flocie, wracającą spokojnie z międzynarodowych ćwiczeń w Indiach, przedstawia się jako „wycieczkę”, a zwierzchnik sił zbrojnych USA, uśmiechnięty od ucha do ucha, stwierdza tak: „Zapytaliśmy wojskowych dlaczego go nie przejęliśmy? Odpowiedzieli, że zatopienie go było zabawniejsze”. Wojnę, kondensację wszelkiej grozy i zła, jaką zna ludzkość, przedstawia się tam jako przygodę wojowników, modelowych twardzieli, czyniąc to w estetyce gier komputerowych, ilustrując fragmentami z „Gladiatora”, „Braveheart” i podobnych wystawnych produkcji, rechocząc z bezmyślnie zadawanej śmierci, pławiąc się w apologii przemocy, gardząc niewzruszalnymi dla przyzwoitych ludzi normami cywilizacyjnymi, honorem i uczciwością, konsekwentnie uprawiając najokrutniejsze z kultów: silniejszego i krwawej bohaterszczyzny. Cóż - nieszczęśliwy ten kraj, który potrzebuje bohaterów, jak zauważył tuż po drugiej wojnie światowej Bertold Brecht.
Wszystkie siły obu stron konfliktu są już w grze, konsekwentnie siejąc Apokalipsę i Armagedon. Bombardowane rafinerie kumulują gigantyczne chmury pełne uwolnionego tlenku węgla, metali ciężkich i węglowodorów, skażając powietrze, glebę i zasoby wodne, co skutkować będzie chorobami układu oddechowego, krążenia i skóry, w tym przede wszystkim nowotworami. Poszkodowani będą najsłabsi i bezbronni. Przez długie lata. Nieinteligentne jak widać, sterowane przez AI bomby i rakiety, uderzają w szkoły, zabijając setki dzieci. Ślepa, bo na pewno nie epicka, furia ataków niszczy bezcenne, umieszczone na liście UNESCO World Heritage zabytki w Teheranie i Isfahanie. Rejon Zatoki Perskiej, kluczowy dla bezpieczeństwa energetycznego globu, pogrąża się w zamęcie. Niesprowokowana wojna Trumpa przeciwko Iranowi, rozpoczęta na podstawie „poczucia” (kolejny cytat z konferencji prasowej) jego zięcia i kolegi dewelopera, iż Irańczycy kłamią (możliwe, w polityce prawie wszyscy to czynią) i są na progu uzyskania broni jądrowej (teza bez pokrycia w faktach, nie wyciągnięto wniosków z irackiej lekcji sprzed prawie ćwierćwiecza, która kosztowała ponad 3 biliony dolarów), wspomaganego skuteczną izraelską presją, z każdym dniem wygląda coraz bardziej katastrofalnie. Prezydent USA najwidoczniej zmaga się z własnymi deficytami i dysfunkcjami: trudno mu skupić uwagę, logicznie i strategicznie myśleć, notorycznie mija się z prawdą, a uczciwiej mówiąc immanentnie kłamie i kręci, żyjąc w bańce własnej nieomylności oraz ignorancji. Jak punktowała w „Iluzjoniście” jego biografka – Maggie Haberman, laureatka Pulitzera, nigdy nie był zdolny do długoterminowego planowania, za to niczego nie kochał bardziej niż gnębienia i gardzenia przeciwnikiem. Nie skonsultował tej wojny z nikim poza Izraelem, a konflikt zbrojny to sprawa śmiertelnie poważna, wymagająca kultury rozwagi i zdolności analizy, czyli cech, z którymi Trump konsekwentnie się rozmija. Teraz Europa i inni dotychczasowi sojusznicy muszą zdecydować, czy chcą ponosić konsekwencje tej wojny razem z Waszyngtonem, który pakuje ich w krach gospodarczy, napędzany inflacją przy których wcześniejsze kryzysy paliwowe wyglądają zgoła niewinnie. Wygląda bowiem na to, że Iran doskonale przyswoił sobie maksymę Sun-Zi, autora „Sztuki wojny”, pozwalając wrogowi się zlekceważyć. Pachnie to powtórką z Wietnamu, Afganistanu, czy wspomnianego Iraku, czyli długotrwałą, wyniszczającą wszelkie zasoby wojną, będącą jedną wielką stratą, wbrew aberracyjnym tyradom o ropie, która dzięki konfliktowi jest droższa, więc Stany Zjednoczone więcej na niej zarabiają oraz groteskowemu zdejmowaniu sankcji na jej eksport z Rosji, aby wypełnić lukę w światowych dostawach. Pojawiają się też bariery wewnętrzne. Trump najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że sprzęt i ludzie nie mają nieograniczonego resursu wojennego, wymagając serwisu i wypoczynku. Świat obiegła niedawno informacja o pożarze na pokładzie najnowocześniejszego lotniskowca US Navy, „Gerald R. Ford”. Ogień, który wybuchł na okręcie, był poważnym zagrożeniem dla zdolności operacyjnej jednostki, walczono z nim przez wiele godzin, co spowodowało utratę koi dla ponad 600 osób, którzy musieli spać gdzie popadnie. Co ciekawe, jak podaje „New York Times”, wszystko wskazuje na to, że miano tam do czynienia z sabotażem wyczerpanej załogi, będącej w linii od pół roku. Nie można tak długo i intensywnie eksploatować okrętu, oczekując jednocześnie, że zarówno on, jak i jego załoga będą działać na pełnych obrotach — mówił emerytowany admirał John F. Kirby. Marynarze cel osiągnęli, okręt wycofano na Kretę do remontu, pytanie czy główny decydent zrozumiał, że nie wystarczy wydać rozkazu, aby wszystko zrobiło się samo. Widać w Wenezueli za szybko i zbyt łatwo poszło, więc pojawiła się ochota na powtórkę, choć dzięki poezji my Polacy lepiej od innych wiemy, że nic dwa razy się nie zdarzy.
Poza oczywistym skutkiem geopolitycznym, konflikt ma gigantyczne konsekwencje gospodarcze, a nasza branża, jak to zwykle bywa, jest najrychlej i najbardziej poszkodowana. Trump jawi się grabarzem zglobalizowanej, wreszcie rozpędzonej po pandemicznej posusze turystyki, bowiem podróżowanie staje się zajęciem wysokiego ryzyka, zarówno budżetowego – strzelające w kosmos ceny ropy windują ceny biletów lotniczych i nie tylko, jak i egzystencjalnego, kto bowiem wsiądzie dziś do samolotu, skoro kraje uchodzące za oazy spokoju i beztroski w jednej koszmarnej chwili zmieniają swój status w ramach zjawiska, które należy określić jako trwogę destynacyjną, pustoszejąc niczym Dubaj, Abu Dhabi, Doha, Manama czy inne środkowowschodnie mekki biznesmenów, celebrytów, czy influencerów, ale przede wszystkim turystów. Ów dotychczas spełniony raj na ziemi, technologicznie i podatkowo prawie doskonały, w jednej chwili zamienia się w, jakże to symboliczne, pustynię, gdzie płoną luksusowe hotele, a w drugim co do wielkości porcie lotniczym świata rządzi chaos i strach. W raj utracony. Setki tysięcy beztroskich do tej pory podróżnych więzną w tranzycie, a niewielu mniej w gigantycznych nawodnych gettach, na pokładach wycieczkowców, które nie mogą opuścić Zatoki Perskiej.
Pryska bańka pracowicie, ogromnym kosztem budowanego wizerunku bezpiecznej oazy, wali się mit geopolitycznej eksterytorialności, kończąc marzenia o trwałym wejściu w miejsce Monako i Cannes, które to jeszcze nie tak dawno realne wizje, są dziś niczym zamki na pustynnym piasku w potężniejącym grozą cieniu izraelsko-amerykańsko-irańskiego węzła gordyjskiego. Niektórzy dość naiwnie mówią, że można odpłynąć do bezpiecznych (jeszcze) przystani, choć stawiam dolary przeciw orzechom, iż dopóki lokator Białego Domu się nie zmieni, takowych nie ma, bo przecież człowiek ten, jak sam mówi nieograniczony moralnością, polegający na genialnej w swym mniemaniu intuicji i nieomylności, dysponujący niemalże nieograniczoną potęgą najsilniejszych w dziejach flot powietrznych i morskich, może siać śmierć, grozę i chaos w dowolnym miejscu globu. Następny cel, na podstawie buńczucznych enuncjacji, to Kuba, więc pandemonium w Karaibach, regionie jakże ważnym dla światowej turystyki, a w kolejce czekają inne, w tym co najmniej dwa na Dalekim Wschodzie. Widmo destabilizacji nieograniczonej geograficznie jest nader realne, nawet kraje uchodzące za sojusznicze mogą odczuć gniew imperatora, choćby taka Hiszpania, która twardo nie ulega dyktatowi, a gości dwie amerykańskie bazy. Fantazje? Radzę usilnie i solidnie ćwiczyć wyobraźnię, żyjemy przecież, niestety, w coraz ciekawszych czasach, a pomarańczowa febra ma potężniejący z dnia na dzień potencjał pandemiczny, tym bardziej, że polityka supermocarstwa wymyka się resztkom racjonalności, jakbyśmy dryfowali ku dniom ostatnim, co staje się bardziej zrozumiałe jeśli, jak podkreślają trzeźwo analizujący amerykaniści, dostrzeżemy, iż w otoczeniu Trumpa licznie reprezentowani są religijni radykałowie, z sekretarzem wojny na czele, marzący o przebudowie kraju w teokrację.
Póki co bilans jest porażający. Zjednoczonej Emiraty Arabskie, Katar i Bahrajn są na progu upadku, hotele straszą pustką, wiatr hula po gwarnych niegdyś ulicach i bulwarach, wielkie korporacje i międzynarodowe banki zamykają swoje oddziały, wydobycie ropy i gazu jest wstrzymywane, lub w najlepszym przypadku ograniczane. Monokulturowa de facto gospodarka wymienionych krajów, oparta na surowcach i turystyce, może tego wkrótce nie wytrzymać. Najpotężniejsze linie lotnicze świata – Emirates – wstrząsane są głębokimi turbulencjami, odczuwając coraz mocniej powiew biznesowej śmierci, któż bowiem będzie chciał się przesiadać na lotnisku w epicentrum wiecznie tlącego się konfliktu, a na tym jest przecież oparty dotychczasowy model operacyjny przewoźnika. Samoloty można przebazować, ale samego hubu już nie, tu są potrzebne lata budowy infrastruktury naziemnej. Nie lepiej jest u bezpośredniej konkurencji – Airbus 330 Qatar Airways od 28 lutego tkwi w Warszawie, podobnie jak wiele maszyn w innych portach. Koszty, koszty, koszty, a dochodów brak. W sieci można znaleźć filmy obrazujące pustkę na pokładach samolotów bliskowschodnich przewoźników, podchodzących do lądowania wśród płonących, naziemnych zbiorników paliwa. Rzec można, bez żadnej złej myśli oraz cienia schadenfreude, że arabski przemysł turystyczny, który tak bardzo skorzystał na wybuchu wojny w Ukrainie, mówiąc obrazowo, wchodzi w niegdysiejsze buty swoich środkowoeuropejskich odpowiedników. Rok 2022 scala się z 2026, nawet miesiąc katastrofy się zgadza. W jej obliczu dominować zaczyna trend europeizacji, mimo desperackich, dumpingowych cen w dotkniętym klęską wojenną regionie lub w jego bezpośrednim otoczeniu, a także, przede wszystkim, domestykacji wypoczynku, co skutkuje znaczącym ruchem cen nad polskim morzem, jeziorami i w górach. Kłania się tu żelazna i bezwzględna biznesowa zasada - nie można nie wykorzystać kryzysu.
Świat, najwyraźniej bez planu B, z wielkim trudem i bez większej nadziei na sukces, uczy się żyć z nieprzewidywalnością mocarstwa, które w miejsce stabilności wprowadziło chaos jako modus operandi, a strach, będący dlań synonimem szacunku, jest esencją modus vivendi. Rządzi, w skali dotąd niespotykanej, impuls, króluje emocja, zaś wszelka krytyka, a nawet niewygodne pytania, są postrzegane w kategoriach zdrady, ewokując złość i stygmatyzowanie zadających je dociekliwych dziennikarzy, po obu stronach oceanu zresztą. Dla obrażanych ludzi profesjonalnych mediów mam krzepiący cytat. „Bywałem wyzywany gorzej przez lepszych ludzi”, tak odpalił Pierre Trudeau, ojciec Justina, długoletni premier Kanady w latach 70., liberał, libertyn i erudyta w jednym, po tym, jak mający ewidentny kompleks retorycznej i erystycznej błyskotliwości Richard Nixon nazwał go „asshole”. Profesja dziennikarska staje się dziś zresztą zawodem fizycznie wręcz niebezpiecznym, bowiem można wejść w klincz z wygrażającym palcem bokserem, którego proste i celne pytanie doprowadza do erupcji agresji. Strach pomyśleć, co będzie, gdy przyjdzie godzina prawdziwie dziejowej próby, kiedy to chłód myśli jest esencją przetrwania. Jednostki i narodu. Swoją drogą chciałoby się, aby Oriana Fallaci, mistrzyni wywiadu, mogła z oboma panami prezydentami porozmawiać, w swoim stylu, bez taryfy ulgowej.
Max Frisch, szwajcarski dramaturg, napisał w latach 50. genialną sztukę, szkoda, że tak rzadko dziś wystawianą, której przesłanie jak ulał pasuje do obecnej sytuacji. Do willi pana Biedermanna, poczciwego mieszczucha, przychodzą dwaj niewinnie wyglądający mężczyźni. Gospodarz daje im wikt i opierunek, usilnie wierząc, że nie są to podpalacze. Ci jednak nawet nie udają, magazynując na strychu beczki z benzyną. Biedermann zasklepia się w bańce wyparcia, nie dzwoni na policję, nie alarmuje strażaków, w końcu są na jego/swoim strychu, najwyżej spalą parę kamienic obok. Nie spacyfikował podpalaczy, stało się odwrotnie, a on jedząc im z ręki, pożyczył nawet zapałki. W końcu słynna strzelba Czechowa wypaliła w ostatnim akcie, wybuchł pożar willi, spalił się w nim pan Biedermann, jego żona, pokojówka i materialny dorobek wielu mieszczańskich pokoleń. „Biedermann i podpalacze” to paraboliczne oskarżenie konformizmu i serwilizmu, pragnienia spokoju za wszelką cenę, wiary, że drobne ustępstwa pozwolą zachować status-quo. Taka postawa to przepis na tragedię. Sztukę Frischa interpretowano w duchu groteski historycznej, ukazującej socjologiczne i psychologiczne podłoże przemocy na świecie, jako ukazanie źródeł faszyzmu, potem terroryzmu, niegdyś domeny grup nihilistycznych anarchistów, choć dziś trzeba byłoby rzecz odczytywać na poziomie państw i ich decyzji, będących prostą konsekwencją wyborów w dobie triumfującego populizmu. Przede wszystkim jednak trzeba to postrzegać jako ilustrację myśli Karla Poppera. „Niewiedza nie jest prostym brakiem wiedzy, ale postawą odrzucenia, odmową zdobywania wiedzy. To znaczy - nie wiemy nie dlatego, że nie sposób było dowiedzieć się, ale (najczęściej, choć, oczywiście, nie zawsze) ponieważ nie chcieliśmy wiedzieć, wręcz czynnie występując przeciw poznaniu, przeciw wiedzy”.
Czy w świecie coraz powszechniejszej niewiedzy, powszedniejącego syndromu wyparcia rzeczywistości i jej implikacji, język wolności, solidarności, równości i braterstwa przetrwa w obliczu zwycięskiego bełkotu potężniejących imperiów? Czy w polityce, choć zawsze był tu wykładniczo rosnący deficyt, istnieje jeszcze choć ślad moralności, czy stała się ostatecznie polem, gorliwie uprawianym przez podpalaczy, totalnej jej negacji? Czy wreszcie rację mieli: Kapuściński, od którego wyszliśmy, piszący - „im wyższy szczebel, na którym dokonano zbrodni, tym większe prawdopodobieństwo, że będzie ona uznana nie za zbrodnię, lecz za konieczne posunięcie polityczne”, i Szekspir, wkładając w usta Lira przerażającą historycznym echem frazę, tu w przekładzie St. Barańczaka:
„Futro i brokat skryją nawet zbrodnię.
Grzech uzbrój zlotem – pryśnie tęga włócznia
Sprawiedliwości, nie czyniąc mu szkody;
Ubierz w łach - karzeł słomką go przeszyje.”
Czy jesteśmy skazani na tę mantrę?
Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie...