Tomasz Mlącki: Nowa świecka religia, czyli niebezpieczne związki
Klient, jak wiadomo, ma zawsze rację. Ta wczesnokapitalistyczna polska mantra dźwięczała, nam boomersom, w głowie od początku transformacji. Chłonęli ją, z ekstatycznym niemalże uniesieniem, gotowi niczym najwierniejsi napoleońscy gwardziści iść na kraniec świata pod sztandarami z tym hasłem, żołnierze wolnorynkowych legionów, słuchając nabożnie kapłanów nowej, świeckiej religii, tłumaczących z telewizyjnych, radiowych i prasowych ambon, iż świat przybrał barwy binarne, odchodzącą w niesławną przeszłość prekapitalistyczną czerń i świetlaną biel nieskończonych możliwości i takiegoż rozwoju, w nowym, jedynie słusznym ustroju. Dla pewności, tonem nieznoszącym sprzeciwu, przywoływali pewną brytyjską polityczkę (piszę dzisiejszą frazą, choć nie sądzę, żeby długoletnia pani premier akceptowała feminatywy), kojarzoną powszechnie z żelazem, a opromienioną ponurym blaskiem dokonywanych siekierą budżetowych cięć i wygranej wojenki na Falklandach. There is no alternative, skwapliwie cytowano, czasem dorzucając (nie)sławny i dziś już nieprawdziwy bon-mot Fukuyamy o końcu historii.
Tak rodziła się nowa wiara, aksjologia biznesu wszelkiej maści od Suwałk po Turoszów, od Świnoujścia po Ustrzyki Górne, z symbolicznymi, bo budulcem było żarliwe słowo neofitów, katedrami owego w błyskawicznym tempie zyskującego zasięgi wyznania, w mig wzrastającymi w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, Gdańsku i Krakowie. W innych miejscowościach erygowano pomniejsze wirtualne świątynie, kładąc wszechpolski kamień węgielny pod kult osoby lub instytucji, która płacąc, nie może nie mieć racji, a której, co najważniejsze, nie można pod żadnym pozorem powiedzieć „nie”. Trudno się więc dziwić, że w dobie kompulsywnego rozwoju konsumpcjonizmu ów białkowy lub instytucjonalny dodatek do portfela, budżetu, czy też może portfolio, osadzono trwale na ołtarzach postępu jako symbol tyleż monoteistycznej, w kategoriach symbolu, co politeistycznej, wręcz polimorficznej, inkarnowanej w milionach wcieleń wiary, spinanej zredukowanym do jednego przykazania – „kochaj klienta swego, bardziej niż siebie samego” – dekalogiem. Czy można się zatem dziwić, iż owo „nie” stało się słowem wyklętym, wygumkowanym? Publiczne wypowiadanie go w jakimkolwiek handlowym kontekście jest grzechem śmiertelnym, bluźnierstwem oczywistym. W domach handlowych, jakby mogła zaśpiewać Martyna Jakubowicz, takie słowo nigdy nie gości, są aluzje, przenośnie, asertywność się tam nie umości. Oto los aksjomatów, żeby sparafrazować Leca. Na początku było słowo, żywe i otwarte, zaś na końcu spetryfikowany, zakurzony dogmat.
Nie jest co prawda tak, że wiara deklarowana jest równoznaczna z tą faktycznie wyznawaną, co stanowi przecież modus vivendi prawie każdego kultu czy doktryny, w końcu mamy do czynienia, na szczęście, z ludźmi z krwi i kości, nie zapominając o emocjach, więc prywatnie, w kuluarach, przy biurowej kawce oraz coraz już rzadszym papierosie, pomstuje się i psioczy na klienta, w bezpiecznym, niewielkim gronie, dokonując chwilowej, burzliwej apostazji, nierzadko w litanii rytualnych przekleństw, wentylując skutecznie bezpieczeństwo własnego ducha na czas jakiś. Jednak konformizm, owa najtrwalej z homo sapiens zespolona cecha gatunkowa, determinuje rychły, pątniczy powrót do biurek, będący jednocześnie regresem niespełnionych córek i synów marnotrawnych na łono prawdy objawionej. Zatem w rozmowach i korespondencji z klientem wiadome słowo nie padało, nie pada i padać pewnie nie będzie, skoro prawie nikomu, są bowiem znane nader nieliczne przypadki konsekwencji słów i czynów, funkcjonowanie w rozdwojeniu jaźni nie przeszkadza.
Przejdźmy jednak do przykładu, ponieważ ostatnio mieliśmy w branży studium modelowego przypadku atrofii woli wypowiedzenia antonimu słowa „tak”, wtedy, gdy jak rzadko kiedy, wypowiedzieć je należało. W sobotę, 31 stycznia, odbył się zjazd idącej jak burza w sondażach Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, coraz częściej pozycjonowanej przez poważne instytuty badania opinii publicznej na trzecim miejscu najpopularniejszych partii politycznych, z wynikiem oscylującym między 10 a 15 proc., choć sądzić raczej należy, iż jest on, w zgodzie z zasadą spirali milczenia, solidnie niedoszacowany. Tak zwani koroniarze spotkali się w Łochowie. Świetna lokalizacja, z logistycznego punktu widzenia perfekcyjna, centralna, prawie zewsząd można dogodnie dojechać. Jest jednak niejedno ale, bowiem linią kolejową, przy której to niewielkie mazowieckie miasteczko leży, transportowano na śmierć setki tysięcy polskich Żydów do odległego o ledwie 34 kilometry obozu zagłady w Treblince. Biorąc pod uwagę fakt, że antysemityzm jest fundamentem programowym tego ugrupowania, trudno uwierzyć, iż wybór konferencyjnego venue był przypadkowy. Można, i trzeba, mówić tu o z premedytacją zaplanowanej prowokacji.
Zaledwie 80 lat po Zagładzie, tuż obok jednego z najbardziej śmiercionośnych miejsc na Ziemi, gdzie pozbawiono życia, według różnych szacunków, od 700 do 900 tysięcy ofiar, wygłaszano tyrady o „żydokomunie”, porównywano dzisiejszą Polskę do Auschwitz, sugerując „zlikwidowanie obozu”, ukaranie „komendanta, kapo i blokowych, najlepiej śmiercią”, za co nagrodzono autora tych haniebnych słów, Tomasza Sommera, redaktora naczelnego „Najwyższego Czasu”, długotrwałą owacją przetykaną rechotem. 750 uczestników tego seansu nienawiści mogło kupić takie pozycje jak: „Polska w cieniu żydostwa”, „Studia nad żydofilią”, „Judajczykowie” i wiele innych podobnego autoramentu. Rysunki na okładkach książek były niemalże żywcem zdjęte z plakatów i ulotek nazistowskiej propagandy, z kart „Stürmera” i podobnych periodyków. Te obrazy poszły w świat, pracowicie budując przekaz, iż antysemityzm nie jest w Polsce przeszłością, będąc na fali wznoszącej, co nie pozostanie bez wpływu na postrzeganie kraju jako życzliwej mniejszościom i ludziom otwartym destynacji. Kraju podobno przyjaznego przybyszom, jak od wielu lat brzmi w narracji wizerunkowej Polski.
Wątek antyżydowski nie był jedynym szokującym rozsądnie myślących obserwatorów tego porażającego skalą pogardy i hejtu dla myślących inaczej wydarzenia. Ugrupowanie, śmiejącego się państwu i prawu w twarz, lidera skrajnej prawicy w Polsce zgarnia pod skrzydła wszelki plankton spod prawej ściany sceny politycznej – antyszczepionkowców, denialistów wszelkiej maści, betonowy żywioł antyunijny, ludzi publicznie chwalących się zabiciem własnego psa, jednostki i organizacje klinicznie antyukraińskie, domagające się redefinicji sojuszy i miejsca Polski na geopolitycznej mapie świata, postulujące otwarcie na Rosję i Chiny w miejsce orientacji prozachodniej, co w dobie moskiewskiej agresji na Kijów nie może być odczytywane inaczej, jak de facto narodowa zdrada, ochoczo wskakująca w buty Targowicy. Zwolenników teorii spiskowych, prezentujących poglądy, o których powiedzieć, że są skrajne, to jakby nic nie rzec, idei, które trwale już wyszły z marginesu polityki, triumfalnie wkraczając do mainstreamu, szachując skutecznie butą i bezczelnością, nierzadko w symbiotycznym splocie z bezmyślnością. Wszystkich tych, którzy wierzą w oślizgłe macki ogólnoświatowego żydowskiego spisku i wiadome, wrogie Polakom siły, które nie ustaną, aż dokona się anihilacja kraju na Wisłą. Do tego wyznawcy libertarianizmu, leseferyzmu i arywizmu, postulujący ekstremalną redukcję społecznej roli państwa, przeszkadzającego jakoby w realizacji fanatycznie rozumianej, maksymalistycznej wolności obywatelskiej. Państwa, w którym człowiek, skupiony na walce o przetrwanie, nie będzie brzmieć dumnie.
Nic tu oryginalnego, inspiracja przyszła zza oceanu, chodzi rzecz jasna o metodę, nie treści w pełnym odzwierciedleniu. Wystarczy przypomnieć historię toksycznego związku amerykańskiej Tea Party, którą niegdyś wprowadzono do głównego nurtu Republikanów, myśląc, że tym sposobem ekstremalny przekaz się w nim rozmyje. Stało się odwrotnie, radykalizm opanował partyjną ideologię, spychając umiarkowanych poza nawias, urządzając seanse totalitarnej nienawiści tym, którzy mieli odwagę pozostać przy odpowiedzialnym pojmowaniu polityki. Kto nie z nami, ten przeciwko nam, hunwejbinizm w czystej formie, długo by wymieniać. Jak to się skończyło, wszyscy widzimy, od ponad roku przerażająco wyraźnie. Nietrudno sobie wyobrazić w Polsce scenariusz tożsamy, patrząc na próchniejącą w oczach, niczym uzębienie załogi opływającego świat po raz pierwszy statku Magellana, tracącą punkty poparcia miesiąc po miesiącu, niegdysiejszą prawicową potęgę. W dobie programowego niszczenia autorytetów, antyelitaryzmu, nieprawdopodobnego wręcz eklektyzmu myśli, każda, nawet najbardziej kontrfaktyczna fantazja może liczyć na nobilitację i poklask coraz to większej liczby wyznawców, w czasach triumfu postprawdy i roznoszących ją szybciej niż pandemiczne wirusy tak zwanych mediów społecznościowych, co jest zresztą klasycznym oksymoronem, bo skupiają się przecież na jednostkach, zainteresowanych podbijaniem swoich zasięgów, praktykujących egotyzm w treści, uspołeczniony w formie.
Teorie spiskowe, idąc na intelektualne i emocjonalne skróty, pozornie porządkują chaos, naturalną wątpliwość tępiąc butną pewnością, bolesną złożoność świata redukując do powabnej prostoty, by nie rzec prostactwa, sugerując, że nic się nie dzieje bez przyczyny, a za tą zawsze ktoś stoi, ktoś, kto nie może mieć dobrych zamiarów. Z lubością pławią się w dychotomii i manicheizmie, rozdając błogosławieństwo, tym w swoim mniemaniu dobrym, a stygmatyzując złych. W czarno-białym, sprymityzowanym estetycznie i etycznie świecie, teza zyskuje rangę wyroku boskiej proweniencji, niewydarzona teoria – spiżowego dogmatu, rozwydrzona aberracja – niepodważalnej prawdy, a wszelkie wątpliwości traktuje się Heglem – jeśli rzeczywistość jest przeciwko nam, tym gorzej dla rzeczywistości, choć w dobie postprawdy wystarczy wykreować rzeczywistość alternatywną, więc i arcydialektykowi można już podziękować.
W takich czasach żadna firma nie jest samotną wyspą, sobie tylko sterem, żeglarzem i okrętem, a społeczna odpowiedzialność biznesu musi wyjść z bezpiecznej bańki sadzenia drzewek na pokaz i hołdowania zrównoważonemu rozwojowi energetycznemu, twardo przypominając o istnieniu słowa wyklętego, wychodząc tym samym z kręgu imposybilizmu. Business can’t be as usual anymore. Jesteśmy (jeszcze?) mieszkańcami globalnej wioski, korzystającymi z (jeszcze?) nieocenzurowanej sieci, więc można z łatwością zweryfikować profil klienta, jeśli zachodzą obawy o kontrowersyjność. Daleki jestem od obwiniania szeregowych sprzedawców, funkcjonujących w traumie niebotycznie pompowanych wyników i strachu przez redukcją, ale firma może moderować proces na wyższym szczeblu, ważąc wnikliwie korzyści i straty. Te ostatnie mogą być zdecydowanie wyższe, poprzez niewymierność skali nadszarpniętego wizerunku. Wszystkie działania post-factum niewiele tu zmienią, bowiem konferencja dała „koroniarzom” bezcenne polityczne paliwo na wiele miesięcy, gigantyczny impuls do rozwoju struktur, które w nieodległej przyszłości będą potężnymi lokalnymi tubami antysemityzmu, antyukraińskości i antyeuropejskości, nieuchronnie ewoluując w stronę orientalizmu, w najmniej szlachetnym rozumieniu tego słowa. Odwołajmy się do „Hamleta”, w genialnym tłumaczeniu Stanisława Barańczaka: „Fakt, że to szkoda, szkoda, że to fakt”. Trzeba się wykazywać wyobraźnią pre-factum, przezwyciężając paraliż dogmatu i strach przed oddaniem biznesu konkurencji. Target, czy sumienie, oto jest pytanie. Nie należy stawiać świeczki etyce skuteczności, zbywając etykę wartości ledwie ogarkiem, w końcu, jak rzecz celnie ujmował Herbert – to kwestia smaku, więc warto przypomnieć jeden z najbardziej znaczących w jego dorobku wierszy.
„To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
Nasza odmowa niezgoda i upór
Mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
Lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku tak smaku
W którym są włókna duszy i chrząstki sumienia
Kto wie, gdyby nas lepiej i piękniej kuszono
Słano kobiety różowe płaskie jak opłatek
Lub fantastyczne twory z obrazów Hieronima Boscha
Lecz piekło w tym czasie było jakie
Mokry dół zaułek morderców barak
Nazwany pałacem sprawiedliwości
Samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce
Posyłał w teren wnuczęta Aurory
Chłopców o twarzach ziemniaczanych
Bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach
Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana
Marek Tulliusz obracał się w grobie
Łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy
Dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu
Składnia pozbawiona urody koniunktiwu
Tak więc estetyka może być pomocna w życiu
Nie należy zaniedbywać nauki o pięknie
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
Kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
Kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów
Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu
Książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie
To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
Mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
Lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku tak smaku
Który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
Choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała głowa.”
Autor: Tomasz Mlącki
Cykl felietonów: Metafizycznie, merytorycznie… Tomasz Mlącki
Tomasz Mlącki, który od ponad 25 lat współtworzy wydarzenia, które przypisać można do każdej z liter akronimu MICE, tym razem stara się dochodzić do istoty rzeczy, patrząc z szerszej perspektywy. Interesuje go złożoność świata, i chętnie zrezygnuje z branżocentrycznego punktu widzenia, by pokazać, że to, co tworzymy nie jest oddzielną wyspą, a wszystko dzieje się w szerszym kontekście. Kontekście, o którym w codziennym pędzie nierzadko zapominamy.
Metafizycznie, merytorycznie...