Zakładki jasne 3a

Polecane obiekty

Hotel Polonia Palace

Warszawa (mazowieckie)

Międzynarodowe Centrum...

Kraków (małopolskie)

ICE Kraków Congress Centre

Kraków (małopolskie)

Polecane usługi

Masters Catering

Warszawa (mazowieckie)

Belvedere Catering by Design

Warszawa (mazowieckie)

Z-Factor. Smart Hospitality

Kraków (małopolskie)
A A
Wywiady

Robert Jarek: Mam wrodzoną potrzebę tworzenia, nie odtwarzania

Robert Jarek, fot. Szymon Kobusiński, Studio Bank

Kocham kontrolowaną improwizację. Improwizuję, bo mogę sobie na to pozwolić, a nie dlatego, że nie mam wyjścia… O świecie eventów i niezwykle dynamicznej drodze do tego świata rozmawiamy z Robertem Jarkiem, prowadzącym galę MP Power Night, finał konkursu MP Power Awards®.

MeetingPlanner.pl: Zestaw Twoich funkcji i zawodów można by podzielić pomiędzy klika osób. I trzeba podkreślić, jest to połączenie dość zaskakujące. Fizyk, dyplomowany protetyk słuchu, aktor, dziennikarz, prezenter, szkoleniowiec, animator. Znasz się na muzyce, sporcie, tańcu… Wynika z tego, że jest w Tobie takie pozytywne ADHD, które nie mogło doprowadzić Cię nigdzie indziej niż na scenę?

Robert Jarek: Rzeczywiście, powinienem był urodzić się chyba w epoce renesansu (śmiech). Poza fizyką wszystkie wymienione przez Ciebie umiejętności nabyłem, bo ich wykonywanie sprawiało i sprawia mi wielką radość. Często zaczynało się od hobby, które nagle zaczynało przynosić pieniądze. Taki bardzo mile widziany efekt uboczny. Dlatego na etapie studiów zdecydowałem, że zawodowo zwiążę swoje życie jednak z rozrywką, a nie drogą naukową czy rzemieślniczą.
Mam wrodzoną potrzebę tworzenia, nie odtwarzania. Nawet moja pieczęć Żółte Solarne Ziarno wg Tzolkin (energetycznego kalendarza Majów, którym kiedyś się interesowałem) dokładnie mnie opisuje. Żółty to uświadamiający albo nauczyciele. Zadaniem żółtych pieczęci jest oświecać, pomagać w rozwoju. Stąd moja łatwość w nauczaniu. Od tańca do wystąpień publicznych. Cechuje mnie siła zdolności i kreatywności… także sama widzisz, przed przeznaczeniem nie uciekniesz (śmiech). Scena czekała na mnie od dnia narodzin. Od dziecka uwielbiałem być w centrum zainteresowania, rozśmieszać dorosłych czy rówieśników, tańczyć, popisywać się…
Wracając do fizyki. Zawsze byłem z niej słaby i chyba los postanowił mnie z nią skonfrontować. Dostałem się na wydział fizyki, bo tylko tam znajdował się kierunek, który mnie zainteresował, czyli Protetyka Słuchu (mam niesłyszących rodziców i chciałem zgłębić ten temat). Skończyłem go z tytułem magistra fizyki o specjalności akustyk, otrzymując stypendium naukowe za dobre wyniki. Pochwalę się, a co! Wiele mam takich niespodzianek w swoim życiorysie (śmiech)

MP: Ustaliliśmy więc, że na pewno miejsce, w którym jesteś, to to właściwe. Jaka to była droga? 

RJ: Droga jakby się nad tym zastanowić wcale nie była kręta, choć dopiero w wieku 25 lat okazało się że wybrałem ją świadomie. Nieświadomie dążyłem do miejsca, w którym jestem od zawsze. W wieku około sześciu lat miałem jedno ze swoich pierwszych wystąpień publicznych, kiedy to w kościele posadzony na stołku przed grupą około 100 niesłyszących osób w języku migowym odmawiałem pacierz. Z kolei w ósmej klasie szkoły podstawowej zostałem wybrany na prowadzącego największe imprezy szkolne, np. Dzień Wiosny. Mam to nawet gdzieś nagrane na VHS-ie (śmiech) W szóstej klasie zacząłem uczyć się tańca z kaset wideo, bo szkół tańca hip-hop w moim rodzinnym mieście Kaliszu wtedy jeszcze nie było. Teraz największą szkołę Fabryka Tańca Różańscy prowadzi mój kolega z naszej dawnej grupy tanecznej, Tomasz Różański... Następnie fascynacja Michaelem Jacksonem i naśladowanie jego tańca. Stąd wzięła się ksywka Mykee. Potem wygrane zawody taneczne, a w nagrodę udział w teledysku. Wykorzystałem fakt, że już wtedy rapowałem i beatboxowałem i tak zostaliśmy zauważeni przez pewnego mocnego w latach 90. producenta, który został naszym managerem. Nagle zaczęła się w wieku 17 lat ogólnopolska kariera. Koncerty, telewizja, wywiady. Dwukrotnie koncertowaliśmy nawet w kultowym namiocie, klubie Colosseum z relacją w TVP1 w Rock Raporcie Macieja Chmiela! Ta przygoda trwała ze dwa lata. Nieźle, co?
Kolejny duży skok na osi czasu i jestem na studiach w Poznaniu, gdzie postanawiam wrócić do tańca, bo przecież tańczyłem od szóstej klasy podstawówki. Stworzyliśmy grupę taneczno-artystyczną, którą jak tylko skończyłem studia przenieśliśmy do Warszawy. Tu zwerbowaliśmy doskonałych, choć mało wówczas znanych tancerzy Anię Głogowską, Edytę Herbuś czy Tomka Barańskiego. Na kilka lat stworzyliśmy bardzo mocny artystyczny team. Występowaliśmy na eventach, koncertach czy w teledyskach. W 2005 roku grupa się rozpadła, zaczęliśmy rozwijać swoje kariery indywidualnie i każdemu z nas się poszczęściło. Już w 2001 roku zacząłem prowadzić imprezy jako konferansjer, będąc jednocześnie tancerzem, dj-em, montażystą audio-wideo, instruktorem tańca i po trochu aktorem. W przełomowym 2005 roku otworzyłem własną działalność i dzięki rekomendacjom zadziałał efekt kuli śnieżnej. Ostatecznie wyspecjalizowałem się w roli prezentera i konferansjera. Uff… starałem się skrócić tę opowieść do minimum (śmiech).

MP: Z tym czy lubisz to zajęcie, nie ma chyba co dyskutować. Jakie zatem predyspozycje trzeba mieć, żeby być jednocześnie profesjonalnym, wiarygodnym i mierzyć się – zapewne nie raz – z trudnymi sytuacjami, wymagającymi natychmiastowej reakcji?

RJ: Bez predyspozycji daleko się nie zajdzie. Co innego nauczyć się występować publicznie, zwłaszcza będąc każdorazowo do tego przygotowanym, prezentując konkretny temat, a co innego pozwolić sobie na kontrolowaną improwizację. Utrzymać na wodzy publiczność, której reakcje są nie do przewidzenia. Utrzymać zainteresowanie, modelować nastroje, rozniecać czy wręcz wygaszać, poprowadzić tak, by precyzyjnie dopłynąć co do minuty z konkretną treścią. A przecież z każdym naszym wyjściem na scenę czy bezpośrednio między ludzi, gości, słuchaczy czy na wizję, wkraczamy na nieznane wody. Nie znamy prądów i pułapek, a jednak swoją osobą gwarantujemy sukces wydarzenia na długo przed. Wiem, że czekasz na konkrety. Bardzo proszę!
Absolutnym must have w arsenale dobrego prowadzącego musi znajdować się zestaw umiejętności takich jak: Pewność Siebie w każdej sytuacji (niektórzy prezenterzy niestety mylą ją z arogancją), zwłaszcza przy popełnianych gafach, czasem nawet swoich. Zawsze przyznajemy się do błędu, ale najlepiej tak, by skończyło się to salwami śmiechu. Jednym słowem Charyzma. Otwartość, Ciekawość drugiego człowieka, Empatia, zdolność natychmiastowego wyczuwania nastrojów, umiejętność dostrojenia się z językiem, mową ciała i ogólnie zachowaniem do charakteru imprezy czy poziomu gości. Słowem Elastyczność. To samo tyczy się stroju. Inteligentny żart, najlepiej sytuacyjny. Szybka riposta. Dodałbym jeszcze dobrą dykcję, odpowiedni tembr głosu, znajomość języków obcych zawsze mile widziana. Miła aparycja. Trzeba kochać ludzi. Podsumowując, wielu rzeczy można się nauczyć, doświadczenie zawsze w cenie. Jednak dopiero gdy połączysz je z wrodzonymi cechami, nazwijmy je przywódczo-pozytywnymi, masz gwarancję, że będziesz wiarygodny i poprowadzisz swoich odbiorców tam, gdzie powinni się znaleźć. Potem jeszcze pięknie Ci za to podziękują (śmiech).

MP: Mówiąc o prowadzeniu eventów, przeszliśmy do rynku eventowego, którego też jesteś częścią. Jak się na nim odnajdujesz i jak go oceniasz?

RJ: Rynek eventowy w Polsce oceniam bardzo dobrze. Jestem jego częścią od 17 lat. Widać wyraźnie jak jest zależny od ogólnej kondycji naszej gospodarki. Dla mnie najważniejszą zmienną jest jakość eventu. Jakość rozumiana dualnie. Jakość makro jako doskonale przygotowane i spięte, trzymane w ryzach wydarzenie, za które odpowiedzialna jest jednostka wykonawcza w postaci agencji eventowej. Mam przyjemność pracować z najlepszymi, dlatego każde odstępstwo od profesjonalizmu jest boleśnie przeze mnie odczuwane. W takich sytuacjach jestem jedyną osobą, na której barkach spoczywa cała nadzieja na uratowanie eventu, jeśli coś idzie nie tak. To na szczęście zdarza się już coraz rzadziej. I to jest dowód na to, że rynek jest dojrzały. Zgniły owoc zawsze znajdzie się w koszyku i to są te wyjątki. Druga jakość to jakość w sensie micro, kiedy to świadomy klient lub zdecydowanie częściej świadoma agencja proponuje odpowiedniego prowadzącego. Takiego, który może i bardziej obciąży kosztowo eventowy budżet klienta, ale da gwarancję sukcesu całości i święty spokój wielu głów. Zresztą nie chodzi tu nawet o wynagrodzenie, a o wytłumaczenie klientowi, że ten konkretny prezenter tu nie pasuje, a tamten odnajdzie się idealnie. Znam agencje, które twardo walczą z klientami o słuszny wybór pomimo pewnych życzeń klienta czy upodobań.
Na rynku eventowym w swojej prywatnej ocenie odnajduję się doskonale. Chyba tak jest, gdyż jestem zapraszany do wielu przedsięwzięć w nowych czasem dla mnie rolach jak juror, ekspert czy mówca w danej dziedzinie. To bardzo miłe. Na uznanie pracowałem latami, teraz z ogromną przyjemnością jest mi dane to odczuwać.

MP: A co jest kluczowe w relacjach na linii konferansjer – agencja – klient, jakąkolwiek kolejność byśmy nie przyjęli.

RJ: Na to pytanie mogę odpowiedzieć bez zastanowienia. To każdorazowe zrozumienie potrzeb klienta, zdobycie i utrzymanie zaufania oraz dobry kontakt. Dobrze jak jest chemia. Jak jej nie ma pozostaje suchy profesjonalizm, by na koniec móc sobie powiedzieć great job! Ważne, by omówić każdy detal danej realizacji. Czytać puste pola między wierszami scenariusza. To z agencją. Klientowi dać odczuć swoje doświadczenie w rozmowie, podać przykłady, co się sprawdza, a co nie. Zasugerować: ja bym zrobił to tak… to się sprawdza tylko gdy… itd. Dać poczucie: zaufajcie, wiem jak to zrobić. Oto moje propozycje…

MP: Czy jest jakiś rodzaj wydarzeń, które szczególnie lubisz, albo się w nich specjalizujesz?

RJ: Nie jest tak łatwo mnie zaszufladkować. Jeśli mówimy o eventach firmowych, to lubię kombo w postaci prowadzenia konferencji, szkoleń w ciągu dnia, wieczorem elegancka gala zakończona luźną zabawą. Jeden dzień, wiele odsłon. W tym na pewno się specjalizuję. Bardzo dobrze czułem się też w roli jednego z prelegentów i jednocześnie współprowadzącego 8. Edycję Akademii Przedsiębiorcy dla BZ WBK. W ciągu kilku miesięcy odwiedziliśmy 51 miast. To było cenne doświadczenie i okazało się, że w roli mówcy też się świetnie sprawdzam. Nawet jeśli rozmawiamy o produktach bankowych (śmiech). Od 2005 roku specjalizuję się również w animacji widowni w największych programach rozrywkowych. W Polsce znających się na tym specyficznym kawałku chleba jest nas może trzech. Dla przykładu animowałem publiczność we wszystkich edycjach programu You Can Dance. Teraz zajmuję się tym już tylko w wybranych produkcjach. Jestem prezenterem grupy Polsat, więc wypadałoby powiedzieć, że moja specjalizacja to także prowadzenie rozrywkowych programów telewizyjnych.

MP: To teraz przejdźmy na drugą stronę, czy można powiedzieć, że jakiś rodzaj wydarzeń jest trudny do poprowadzenia?

RJ: Oczywiście. Takimi wydarzeniami są bardzo oficjalne gale, najczęściej z udziałem polityków czy dyplomatów. Chyba, że mają luźną formę np. w postaci turnieju golfa. Można też tak trafić, że prowadzi się imprezę firmową, dowiadując się, iż w zeszłym tygodniu zwolniono 300 osób i kolejne 200 czeka to samo w ciągu miesiąca... brrr zimno! Ewentualnie spotkanie księgowych czy działu IT. Choć są wyjątki!

MP: A czy jest jakiś rodzaj spotkania, w który nie chciałbyś się angażować? Rola podczas eventu, której byś nie przyjął?

RJ: Hmm, na pewno nie tęsknię za prowadzeniem spotkań o podłożu politycznym, zwłaszcza zabarwionym ideologicznie czy przedwyborczo. W zasadzie nie prowadzę. Dorzucę tu też uroczystości prywatne. Tam pojawię się chętnie też prywatnie. Na evencie nie przyjąłbym roli np. tłumacza. To zostawiamy zawodowcom. Chyba, że języka migowego. 

MP: Czy występ podczas eventu firmowego rodzi się na bieżąco, czy wymaga wcześniejszych przygotowań, poznania specyfiki klienta, marki. Jak wygląda praktyka?

RJ: Mój występ jako taki, moja kreacja słowna czy charakter prowadzenia rodzi się na bieżąco. By było to nie tylko ładne, ale i merytorycznie spójne wymaga wcześniejszego przygotowania. Im więcej wiem, tym mniej mnie zaskoczy i łatwiej połączę kropki. Żeby nie filozofować, przed każdym eventem należy odrobić pracę domową. W przeciwnym razie 10 eventów pójdzie świetnie, ale 11. możemy już dobrze nie wspominać. Najgorsze jest to, że to o tym 11. głównie będzie się pamiętało, a nie o tych 10 bardzo udanych. Osobiście kocham kontrolowaną improwizację. Improwizuję, bo mogę sobie na to pozwolić, a nie dlatego, że nie mam wyjścia.

MP: W taki razie, na ile, będąc prowadzącym czy animatorem wydarzenia, masz wolną rękę, a na ile stosujesz się do zasady „rozpisane co do słowa”?

RJ: Ogólnie rzecz ujmując, im poważniejsze wydarzenie tym mniej wolnej ręki. Zdecydowanie wolę improwizację pod kontrolą, z tym że podkreślam, opartą na konkretnym przekazie, treści. Teksty rozpisane co do słowa sprawdzają się podczas eventów telewizyjnych prowadzonych na żywo czy na bardzo oficjalnych galach. Jedno jest pewne, nie cierpię czytać z kartki i rzadko mi się to zdarza, co nie zwalnia od stałego kontaktu ze scenariuszem na podkładce w ręku. Przeoczenie czy przeinaczenie pewnych informacji nie wchodzi w grę. Bazuję w takich sytuacjach na mojej niezawodnej pamięci… yyy… o czym to my mówiliśmy? (śmiech) Jak już zaczyna robić się luźniej chętnie się jej pozbywam.

MP: Prowadzisz szkolenia, z tego jak mówić, a w swoim motto przytaczasz słowa Ralpha Waldo Emersona: „wszyscy wielcy mówcy byli najpierw złymi mówcami”. Uważasz, że występowania publicznie, mówienia do audytorium i mówienia z sensem, można się po prostu nauczyć?
 

RJ: Tak właśnie uważam, dlatego dzielę się swoja wiedzą i doświadczeniem, widząc progres u swoich klientów. Nie będę uprawiał hipokryzji mówiąc, że doskonałych wystąpień publicznych nauczy się każdego. Każdy jednak speech można poprawić, czasem nawet zadziwiająco skutecznie. To zależy w dużej mierze od samego zainteresowanego. Tu wróćmy na chwilę do początku naszej rozmowy – predyspozycje, cechy wrodzone. Jeśli ich w sobie nie odnajdziemy, szukamy czegoś jeszcze. Czegoś, co może nas wyróżnić, z czego możemy zażartować, czy po prostu oprzeć się o efektowną prezentację multimedialną. Jeśli z jakiegoś powodu zmuszeni jesteśmy występować przed grupą osób, zawsze warto ten aspekt poprawić. Dlaczego? Nie tylko dla własnej satysfakcji i pewności siebie, ale przede wszystkim po to, by przekazane przez nas informacje miały szansę dotrzeć i zostać w głowach odbiorców. Poza miłą rozmową chodzi nam przecież o jej skuteczność. To przydaje się każdego dnia. 

MP: A jakim językiem posługują się dziś Twoim zdaniem eventy? Same w sobie są przecież narzędziem komunikacji, czy z Twojej perspektywy skutecznym?

RJ: Event to mój świat. Pełnię w nim rolę jednego z ogniw, które ma zadanie nie tylko od strony wizerunkowej utrzymać całość w garści, dopilnować tempa i nadać odpowiedni ton. Od blisko dwóch dekad biorę w nich czynny udział i to, co jest dla mnie najbardziej widoczne na przestrzeni lat, to ich wielojęzyczność. Kiedyś przemawiały językiem prostych, powtarzalnych atrakcji. Obecnie eventy osadzone są nierozerwalnie w dwóch światach. Realnym i wirtualnym. Są silnie zaangażowane. W ciągły kontakt z grupą docelową, w kampanie społeczne, charytatywne, edukacyjne, sportowe… Muszą mieć sens, przesłanie, posiadać namacalną wartość dodaną. Eventy to zadaniowi poligloci. Czy są skuteczne? Mając przyjemność być jednym z jurorów tegorocznej edycji konkursu MP Power Awards nie mam powodów, by sądzić, że jest inaczej. Nie było łatwo wybrać nominacje, nie mówiąc o zwycięzcach. Nasze rodzime produkcje są co najmniej na światowym poziomie i jeśli nie są skuteczne to niech ktoś zrobi je lepiej.

MP: Skoro mówimy o skuteczności – event powinien być tego rodzaju doświadczeniem, które w uczestniku wywoła jakąś zmianę, wpłynie na niego. Czy są takie wydarzenia, które zapadły Ci szczególnie w pamięć, niezależnie czy byłeś gościem, czy byłeś w pracy?

RJ: Takich wydarzeń było naprawdę sporo. Żeby podać tylko kilka z nich: Shell V Power Day w Przeźmierowie pod Poznaniem z Michaelem Schumacherem w 2007 roku, Kings On Ice na PGE Narodowym z 20 tysiącami widzów na trybunach, Ardbeg Night w magicznej oprawie mrocznej XIX-wiecznej Szkocji, Windsurfing na Narodowym, trzydniowy spektakularny event, który prowadziłem z Michałem Olszańskim, rola aktorska w filmie reklamowym Danone Fantasia, w który angażowaliśmy przypadkowych przechodniów zatrzymując czas (dosłownie) na placu Unii Lubelskiej, seria eventów z Disney XD „Fineasz i Ferb – Reakcja Łańcuchowa” we Wrocławiu, Warszawie, Katowicach i Poznaniu, Chivas Poker Night, „Era Rytmu z MTV” cykl imprez w nadmorskich miejscowościach z tancerzami YCD… Te na pewno zapadły mi w pamięci.
Te wszystkie wydarzenia wryły się na zawsze w serce ze względu na efekt wow, bardzo pozytywne reakcje gości, łzy wzruszenia czy wyjątkową zabawę i atmosferę. Takich wydarzeń chcę być częścią.


Robert Jarek

Prezenter telewizyjny, konferansjer, mówca, moderator. Związany z branżą rozrywkową oraz telewizyjną od ponad 20 lat. Mający na swoim koncie ponad 1000 wystąpień publicznych przed bardzo zróżnicowanym audytorium.
Prowadzi programy telewizyjne, koncerty, konferencje, gale, wydarzenia sportowe… Trener personalny w zakresie wystąpień publicznych. Znany jest z niesamowitej charyzmy, koncentracji i umiejętności przykuwania uwagi słuchaczy – od kameralnych spotkań do kilkudziesięciotysięcznej widowni.

Absolwent Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu z tytułem magistra fizyki.
Zodiakalny baran. Posługujący się biegle językiem migowym. Człowiek wielu talentów. Kocha scenę, ludzi, improwizację, ruch, adrenalinę. Uwielbia jazdę na łyżwach, wrotkach, nartach, rowerze i motocyklu. Zgłębia tajniki salsy i wciąż szuka nowych inspiracji…

08 sty 2019
 
średnia ocen:
0.0
 
oceń
 
 
 
Meeting Planner Sp. z o.o.
ul. Złota 9/30, 00-019 Warszawa
tel.: 22.378 38 51
 
Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.